Żyję tu i teraz i nie jest mi wszystko jedno co się dzieje wokół mnie . To moje subiektywne spojrzenie na Rzeczypospolite ...
sobota, 28 stycznia 2012

Mamy demokrację, a to oznacza, że rządzimy my wszyscy poprzez swoich przedstawicieli. Wybieramy najlepszych(?) spośród siebie i wysyłamy ich na przykład do parlamentu, aby w naszym imieniu stanowili prawo.
Nie jest to lekka praca, ale płacimy całkiem nieźle i dokładamy różne przywileje, możemy więc chyba wymagać jakiegoś minimalnego zaangażowania? Jak to wygląda w praktyce - niestety widać. Sprawa ACTA pokazuje, że posłowie nie podejmują nawet prób przeczytania i zrozumienia tego, za czym głosują. Sami siebie ustawiają w roli partyjnych maszynek do głosowania, w zupełnym oderwaniu od oczekiwań wyborców.
Brak konkretnego zajęcia pokazuje, że niektórzy z naszych wybrańców wyraźnie się nudzą. Na szczęście dla nich nie brak też takich, którzy swoimi "dowcipami" próbują ożywić nieco nudne sejmowe posiedzenia.

Na pierwszy plan zdecydowanie wysuwa się tu poseł PiS Marek Suski. Jako "poseł zawodowy" powinien już być chyba obyty w tajnikach pracy sejmowej, ale jakoś mało kojarzę jego dokonania. Zajrzałam na stronę sejmową i też się zawiodłam.

Poseł Marek Suski

Mam wrażenie, że pan poseł przespał ostatnie wybory i nie zauważył, że to już następna kadencja. Nawet w dyskusji nad expose - odnosił się głównie do tego z 2007 roku.
Widać za to, że lubi się wyrywać do wypowiedzi i komentować także wtedy, gdy nikt mu nie udzielił głosu. Intelektem nie może, więc próbuje się zasłużyć dowcipem? Kilka tygodni temu komentował tak wypowiedź posła Biedronia, ostatnio w równie "dowcipny" sposób wypowiadał się na temat posła Godsona. Co ciekawe, zawsze potem udaje zdziwionego, że komuś się nie podobają jego żarciki. Ciekawe, czy sam rozumie to co opowiada? Mam wątpliwości.
Wprawdzie nie jestem wielką zwolenniczką politycznej poprawności, ale są pewne granice po prostu ludzkiej przyzwoitości i kultury osobistej, których nie należy przekraczać. Mam nadzieję, że komisja Etyki Poselskiej przykładnie go ukarze. Może jak dostanie po łapach, z korzyścią dla wszystkich, nieco się wyciszy?
W każdym razie przyłączyłam się i podpisałam petycję:

Petycja do komisji Etyki Poselskiej

A swoja drogą - to jeżeli tak wygląda ta "górna półka kulturowa", o której kiedyś wspominał Jarosław Kaczyński - to cieszę się, że ja w dzieciństwie bawiłam się z innymi dziećmi na podwórku.


środa, 25 stycznia 2012

 

Tytułowe pytanie tej notki jest błędne, choć są tacy, którzy tak właśnie widzą problem. To nie jest alternatywa wykluczająca. Nie każdy sprzeciwiający się postanowieniom zawartym w tej umowie popiera piractwo w internecie i sprzeciwia się ochronie własności wynikającej z praw autorskich. Tak samo jak nie każdy zwolennik tej ustawy jest gotów poświęcić wolność, aby dostać swoje pieniądze. Czy naprawdę nie ma możliwości pogodzenia tych dwu spraw?
Można sprzeciwiać się kradzieży i podróbkom, a jednocześnie cenić wolność. W naszym, pamiętającym jeszcze czasy minione społeczeństwie, problem jej ograniczania przywołuje wspomnienia i automatycznie wyzwala bunt.

Ustawa ACTA nie jest najlepszym przykładem rozwiązania tego problemu. Przede wszystkim jej zapisy są bardzo nieprecyzjne. Pozwalają na tak szeroką interpretację, że przy złej woli łatwo można ją wykorzystać do ograniczania wolności w wielu różnych aspektach.
Wszystko co chcecie wiedzieć o ACTA
Moim zdaniem nawet wyjaśnienia zamieszczone na stronie Platformy Obywatelskiej wcale nie rozwiewają tych wątpliwości:
10 mitów o ACTA
Tu akurat jest zbyt dużo ogólników, mało odnoszących się do konkretnych obaw związanych z wolnością w internecie.

Jakiś czas temu przez nasz polski internet przetoczyła się już szeroka debata na temat cenzury w internecie.
Państwo wie lepiej?
Teraz ponownie mamy do czynienia z wielkim, spontanicznym protestem. Tym bardziej, że znowu zabrakło debaty i szerokich konsultacji. Platforma jakoś coraz mniej staje się obywatelska, niestety. Wprawdzie w najbliższym horyzoncie czasowym nie ma wyborów, ale one wcześniej czy później jednak nadejdą. I wówczas może się okazać, że PO będzie mieć trudności ze zmobilizowaniem nawet swojego żelaznego elektoratu. Za 3 lata te liczne partyjki-klony, które zostaną po PiSie na pewno nie będą już zagrożeniem. I kto wie, kto wówczas przejmie władzę i w jaki sposób będzie interpretować to, co rząd PO podpisał w Tokio? 

Niestety, po raz kolejny rząd znowu strzela sobie po stopach. Polityki informacyjnej nie prowadzi wcale, a to co jest jest w tak fatalnym stylu, że budzi i śmieszność i pożałowanie.

Nie dla ACTA

 

poniedziałek, 23 stycznia 2012

 Michał Boni

Minster Boni to od dawna mój ulubiony minister. Nie chodzi tu tylko o to, że jest miły i sympatyczny. Jego naprawdę trudno nie szanować - za kompetencje, pracowitość i po prostu wielką klasę. I za to, że po prostu potrafi przyznać się do błędu i przeprosić, nawet w sytuacji, gdy sam nie jest winien.

Przeprasza za brak konsultacji

Moje uznanie :)

ACTA to bardzo niebezpieczny dla wolności internetu projekt. Niestety, ale wolnośc jest zbyt wielką wartością, aby można było z niej zrezygnować. Poza tym domnienanie winy i konieczność udawadniania własnej niewinności to symbol rządów totalitarnych, nie ma nic wspólnego z demokracją.
I dlatego właśnie w najbliższą środe wybieram się na gdańską manifestację STOP ACTA.
Szczegóły oraz bardzo dobry filmik wyjaśniający zagrożenie niesione przez tą umowę jest są tu:  Gdańsk przeciwko ACTA
Ciekawe, czy minister Graś (też miły i sympatyczny, ale...) ogłosi, że gdańszczanie tłumnie wybrali się na spacer w okolice Urzędu Miejskiego i nie ma to nic wspólnego z żadnym protestem?

A tak przy okazji - tak jak poieram działania grupy Anonymus, tak bardzo mi się nie podoba to, co dziś na stronie premiera zrobiła grupa Polish Underground. Wolność wcale nie oznacza bezkarnej samowoli i chamstwa.

sobota, 21 stycznia 2012

Jeszcze dwadzieścia kilka lat temu o telewizorze mówiło się, że to okno na świat. Dwa programy telewiziji publicznej, ewentualnie szczątkowy trzeci, lokalny. Wybór był taki, jakby go wcale nie było, a kwestia tego, co pokazać w "Dzienniku Telewizyjnym" była najważniejszym problemem dnia dla rządzących polityków.
Od tej pory zmieniło się wszystko, łącznie z ustrojem, niezmienna pozostała tylko mentalność polityków. Nadal uważają, że liczy się tylko to, co w telewizji. Wprawdzie kanałów teraz mamy tyle, że trudno je wszystkie zapamiętać, ale jeżeli czegoś nie pokażą "Wiadomości", nie skomentują "Fakty" i "Wydarzenia" - z politycznego punktu widzenia nie ma to większego znaczenia. Można się tylko zastanawiać, ile w tym wszystkim jest również naszej, telewidzów winy, jaki wpływ mają na to dziennikarze, ale fakt pozostaje faktem. Nawet internet jest tylko swoistym uzupełnieniem i komentarzem tego,  co widzimy na ekranach telewizorów. Można nawet nie mieć telewizora, aby dokładnie wiedzieć co było najważniejszą wiadomością dnia. News będzie powtórzony i omówiony przez wszystkie portale.

W sumie więc trudno się dziwić, że politycy tak bardzo walczą o przyciągnięcie kamer partyjnych. Wczoraj w "Piaskiem po oczach" Jacek Kurski z wyrzutem mówił, że "Fakty" nie wspomniały o kongresie Solidarnej Polski. Wyraźnie był też zawiedziony, że dziennikarze nie rzucili się z entuzjazmem na pomysł tej partii z pakietem klimatycznym. Liczył na to, że kamery nie będą ich odstępować, a sam projekt będzie tematem na ładnych kilka dni? Miała być tu wielka bomba, a medialny efekt był na miarę kapiszona.
Całkiem podobną metodę ściągania na siebie uwagi przyjął także Ruch Palikota. W trakcie kampanii wyborczej byliśmy świadkami zapowiedzi sensacyjnego transferu. Podsycana przez kilka dni atmosfera tajemnicy wywołała wielką falę spekulacji, a potem okazało się, że chodzi o Tymochowicza...
Teraz dla odmiany ściągnął dziennikarzy na szumny pokaz palenia "zioła". Skończyło się na kadzidełku i śmiechu dziennikarzy. Oglądałam to "na żywo" - z chwila , gdy okazało się, że Janusz Palikot zapalił kadzidełko - TVN24 przerwał transmisję i puścił kolejnego newsa. Trudno się nawet dziwić - w końcu ostatnio w trakcie konferencji prasowej pewien prokurator nawet strzelał do siebie, wymagania dziennikarzy w oczekiwaniu na sensację wzrosły, byle czym się nie zadowolą. Wygląda na to, że Nocri słusznie przewiduje i bohaterką kolejnego happeningu RP będzie prostytutka - Sejmowy blowjob Palikota.

W tym wszystkim tylko Jarosław Kaczyński potrafi bez problemu ściągnąć dziennikarzy na swoje konferencje. Choć i tak z góry zawsze wiadomo, co powie.   

 

czwartek, 12 stycznia 2012

Czy można odciąć się grubą kreską od siebie samej i swoich działań? Marszałek Kopacz pokazała wczoraj, że można. Od momentu rozpętania się wielkiej afery z ustawą refundacyjną najpierw zniknęła, a teraz wprawdzie się pojawiła, ale sprawia wrażenie, że w ogóle nie wie co to za ustawa, więc nie chce się wypowiadać. Z wszelkimi pytaniami odsyła do ministra zdrowia...

Zastanawiam się, czy jestem bardziej zniesmaczona czy zdziwiona? Ewę Kopacz do tej pory ceniłam i szanowałam. Wydawało mi się, że wie czego chce, jest zdeterminowana i nie boi się wyzwań. Dlaczego teraz tak bardzo się zmieniła? I w bardzo mało subtelny sposób ucieka przed odpowiedzialnością?
Owszem, resortem zdrowia kieruje teraz minister Arłukowicz. Jest dla mnie oczywiste, że ostatnią rzeczą jaka mógłby sobie życzyć byłoby zakulisowe wtrącanie się swojej poprzedniczki. Mimo wszystko jednak ta ustawa to autorski projekt właśnie marszałek Kopacz. Przygotowała go, przeprowadziła przez całą ścieżkę legislacyjną. Teraz, gdy na etapie wdrażania okazało się, że ma ona wiele braków i w praktyce jest nieprzygotowana, powinna stanąć za ministrem Arłukowiczem. Nawet jeżeli miałaby się nie odzywać, sama jej obecność świadczyłaby o tym, że bierze odpowiedzialność za to, co robiła wcześniej.
Na wczorajszej konferencji prasowej było jeszcze gorzej -bardzo grubą kreską odcięła się od swojej ministerialnej przeszłości.
Mam tylko nadzieję, że majstrowanie przy sejmowej wersji nowelizacji ustawy (różnej od tego co było na ministerialnej stronie) to nie jej ukryte dzieło - to byłoby już bardzo brzydkie.

Nie wiem co się ostatnio dzieje, ale rząd wyraźnie strzela sobie po nogach i to chwilami całymi seriami. W ogóle nie ma nikogo, kto skutecznie dbałby o wizerunek i PR. Dochodzi do tego fatalna polityka informacyjna i można się tylko zastanawiać, jakim cudem ten rząd ma jeszcze całkiem niezłe notowania sondażowe. Brak poważnej konkurencji jednak działa fatalnie...

A jeśli chodzi o lekarzy - to moim zdaniem zdecydowanie przeginają. Pacjenci jako żywe tarcze i zero odpowiedzialności. Czy ktoś jest w stanie sprecyzować, o co naprawdę i konkretnie im chodzi? Oprócz tego, że zdaje się słusznie nie wierzą wszelkim zapewnieniom polityków. Aptekarze okazali się bardziej naiwni i wygląda na to, że będą musieli za to zapłacić.
Czy jednak taka akcja nie jest działaniem na krótką metę? Czy ktoś kiedyś jeszcze uwierzy rządowi na słowo? Ja mam wątpliwości.

wtorek, 03 stycznia 2012

Awantura z lekami powoli zaczyna przeradzać się w histerię. W telewizji co chwilę ktoś się tłumaczy, przedstawia swoje racje, wyjaśnia, rozwiewa wątpliwości. Jedynym namacalnym efektem jest coraz większe zamieszanie - coraz mniej wiadomo.
Byłam wczoraj w aptece. Trafiłam na moment zaraz po otwarciu - późniejszym niż zwykle ze względu na zmianę systemu informatycznego. Za ladą dwie przestraszone farmaceutki w napięciu oczekujące na to, co będzie się działo. i całkowity brak reklam, których wcześniej tam było sporo. Ja byłam dobrą klientka - przyszłam bez recepty i kupowałam proste leki przeciw przeziębieniu (a nie mówiłam, żeby nosić szalik?). Ciekawe, co było później, choć jakoś nie zauważyłam tabunów ludzi z receptami w reku pędzącymi od apteki do apteki. Może jednak jestem mało spostrzegawcza? Reporterzy TVN24 mieli więcej szczęścia.

Wprawdzie minister Arłukowicz już się znalazł, ale wygląda na to, że cała sprawa to bardzo poważna wpadka wizerunkowa rządu. W dodatku jakoś niewiele osób się nią przejmuje. Również opozycja jakoś mdło tu wypada, ograniczając się do atakowania rządu, bez punktowania konkretów, w dodatku wrzucając wszystko do jednego worka i potęgując chaos.
Może się mylę, ale ja widzę tu kilka oddzielnych problemów.

  1. Prawo do bezpłatnej opieki lekarskiej maja osoby ubezpieczone. Żeby dostać się do lekarza - od dawna trzeba pokazać, że jest się ubezpieczonym. Owszem, niektóre przychodnie tego nie sprawdzały, ale pewnie wynikało to z niewielkiej skali problemu. Osób nieubezpieczonych jest u nas 0,5% (choć poseł Piecha z uporem mówi o 5 promilach - zawsze to większa liczba). Nie wiem jak to było do tej pory, ale podejrzewam, że za takich nieubezpieczonych pacjentów, nawet jeżeli dostali się do lekarza i uzyskali poradę - NFZ po prostu nie płacił. Pewnie ginęło to w morzu kontraktów.
    Co zmienia się teraz? Jeżeli taki nieubezpieczony pacjent wyjdzie teraz z gabinetu z receptą ze zniżką - zapłaci za to lekarz. Można więc zrozumieć, że lekarze się buntują, choć tu akurat wygląda to na bunt tylko dla zasady, pozbawiony realnych powodów do obaw.
  2. Od 1 stycznia obowiązuje nowa lista refundacyjna leków. Też nie jest to żaden powód do histerii - te listy ulegają ciągłym zmianom. Część z leków zostaje wykreślona, część dopisana - normalka. I jak to już wcześniej bywało - zawsze są jakieś niedoróbki i przeoczenia. Tym razem również. Ważne specyfiki zostały ostatecznie dopisane. Oczywiście wielką wpadka jest tu fakt, że wszystko to odbywało się na ostatnia chwilę, ale przecież to tez nic nowego.
  3. Tak jak do tej pory, tak i teraz, ten sam lek może mieć różną refundację. Do tej pory, na podstawie kwalifikacji - choroba przewlekła lub nie, stopień refundacji ustalał aptekarz, teraz mają robić to lekarze. W dodatku, jeśli ustalą zbyt wysoka refundację - różnicę w cenie będą musieli pokryć z własnej kieszeni. I to właśnie wzbudziło taką wściekłość lekarzy - uderzenie po kieszeni może być bolesne. Tak naprawdę jednak, jeżeli prawda jest to, że różnica refundacji dotyczy tylko bardzo wąskiej liczby specyfików - to czy na pewno warto tak szaleć? Jakoś mało mi się podoba przerzucanie problemu na pacjentów. Pieczątkę "Refundacja do decyzji NFZ" przystawia się łatwo, ale potem wręcza się receptę choremu człowiekowi. Co on ma z nią zrobić? Pójść do apteki? Ile będzie musiał zapłacić? Wygląda na to, że farmaceuci też są zdezorientowani i każdy postępuje inaczej. Można więc biegać od apteki do apteki, szukając takiej, gdzie uda się ją wykupić z refundacją. Można też zwrócić się do NFZ, ale tylko po to, aby zostać odesłanym do lekarza.
    Czy tylko ja mam wrażenie, że w ten sposób lekarze chcą na pierwszy front walki wysłać pacjentów? Na wszelki wypadek - kontakt to Rzecznika Praw Pacjenta można znaleźć tu:
    Rzecznik Praw Pacjenta

Nie wiem, co będzie z tym dalej. Pewnie po kilku dniach wszystko jakoś zacznie funkcjonować, choć z pewnością media będą skwapliwie szukać każdego przypadku dającego się zakwalifikować jako "nie wykupił leków i zmarł".
Co powinno się zrobić? Samo odesłanie ustawy do TK (zrobił to PiS) niewiele da. To potrwa, a ustawa obowiązuje. Podobno SLD przygotowuje jakąś nowelizację, ale ekspertem Millera jest były minister zdrowia Mariusz Łapiński - nie liczyłabym więc na nic sensownego - to on zlikwidował Kasy Chorych. Doraźnie i od zaraz przywróciłabym funkcjonującą jeszcze kilka lat temu możliwość sprawdzenia na stronie internetowej, czy dany numer PESEL jest ubezpieczony. Podobno kwestionował to GIODO, ale warto poszukać tu rozsądnego rozwiązania. Poza tym - zielone światło dla ministra Boniego i pełne wsparcie informatyzacji służby zdrowia, to jedyne wyjście.

A tak po ludzku - żal mi ministra Arłukowicza. Miał zastrzeżenia do ustawy, głosował przeciwko niej. Parlament jednak uchwalił, prezydent podpisał i teraz jako minister - musi ją realizować. Widać, że stara się robić to jak najlepiej. Szkoda, że nie wspiera go w tym była minister Kopacz. To przecież jej dzieło. Do tej pory bardzo ją ceniłam, ale wygląda na to, że wcale nie zostawiła ministerstwa w tak doskonałym stanie i porządku, jak mówiła.


sobota, 31 grudnia 2011

Co roku o tej porze składamy sobie życzenia Wszystkiego Naj... w Nowym Roku. Przy okazji bardzo hucznie (w sensie dosłownym) żegnamy stary.  
Ponieważ marzenia powinny być wielkie - życzmy sobie, aby nasi politycy nabrali klasy, nauczyli się stale pamiętać o nas, wyborcach i rozmawiać z sobą.

A dostosowując się do wymagań królujących w rankingach popularności Bloxa blogów kulinarnych - zapraszam tu:

Przepis na Najlepszy Nowy Rok

 Szczęśliwego Nowego Roku!

środa, 28 grudnia 2011

No właśnie, gdzie podział się minister Bartosz Arłukowicz? Wprawdzie u lekarza dawno nie byłam, ale sądząc z doniesień medialnych - może być z tym problem. Jeżeli nawet jakoś uda się przebrnąć przez lekarza - to zdaje sie, że przed wejściem do apteki konieczna będzie wizyta w banku po kredyt, żeby móc wykupić receptę... 

Powoli jest to już nasza doroczna tradycja - mniej więcej od połowy grudnia jesteśmy straszeni czekającą nas od 1 stycznia zapaścią służby zdrowia. Praktyka ta jest stała się zwyczajem, choć najczęściej przyczyną miał być brak podpisanych kontraktów z NFZ. W tym roku jest pewna modyfikacja, może więc należałoby się kilka słów wyjaśnienia?
Jak to będzie od stycznia? Czy lekarz na pewno przyjmie pacjenta tylko na podstawie oświadczenia? A jaką odpłatność wpisze na recepcie? "Do decyzji NFZ" czy czy zakreśli odpowiednią stawkę? Czy i w jaki sposób będzie to weryfikowane przez farmaceutę? Jakoś mało mi się podoba ewentualność szczegółowego udzielania odpowiedzi na co i od kiedy choruję. 
W aptekach z reguły są kolejki, każdy bedzie się mógł temu przysłuchiwać - sytuacja raczej mało komfortowa.

Jest dla mnie oczywiste, że pieniędzy w systemie jest ciągle za mało, więc to co jest, powinno być wydawane mądrze i  z jak największym pożytkiem dla wszystkich. Być może jest wielu nieuczciwych lekarzy i aptekarzy wykorzystujących luki systemu, ale sytuacja jest jednak postawiona na głowie. Czy jednak NFZ ma zamiar przeprowadzić zwolnienia grupowe swoich urzedników? Skoro znaczną część swoich zadań przerzucają na lekarzy i farmaceutów? Może więc nie będą potrzebni?
Osobiście wolałabym jednak, aby lekarz zajął się leczeniem, a nie sprawdzaniem czy w terminie opłaciłam składki ZUS. Aptekarz też zamiast sprawdzać czy i na co mam zażywać dany specyfik - zajął się sprzedawaniem i ewentualnie robieniem leków na zamówienie (ciekawe, czy są jeszcze takie apteki, które sporządzają same medykamenty?), a urzędnicy zarówno ZUS jak i NFZ - pilnowaniem pieniędzy i uszczelnianiem systemu.

Chętnie usłyszałabym takie zapowiedzi od "znikniętego" ostatnio ministra Arłukowicza. Jedynem usprawiedliwieniem jego nieobecności byłoby dla mnie to, że zamknął się w gabinecie razem z minstrem Bonim i wspólnie opracowują założenia do systemu informatyzacji służby zdrowia - w takiej sytuacji jestem gotowa odpuścić. Zadowolę się uspokajaniem mnie przez ministra Grasia.
Choć nie wiem czemu, ciągle wraca do mnie jedno podstawowe pytanie: dlaczego polityka informacyjna rządu jest od zawsze taka kiepska?  

sobota, 24 grudnia 2011

Z "Przewodnika Katolickiego" z 28 grudnia 1930 roku

Zwyczaje i obrzędy ludowe w Będziemyślu, pow.ropczycki, woj.krakowskie

W dzień wigilijny już przed świtem zrywają się wszyscy z posłania, wierząc, że "kto w wiliję wstaje raniuśko, ten tyz wcas bedzie wstawał bez caluśki rok ..." . Wszyscy pilnie i ochoczo zabierają sie do pracy, bo tak pójdzie im ona przez cały rok, a co się w tym dniu przydarzy, tak też dziać się będzie przez wszystkie następne dni do następnej wiliji.... Od samego ranka panuje wielki ruch w chatach. Gosposie z córeczkami pieką "podpłomyki" na śniadanie dla domowników, z białej "kupnej" mąki pieką placki, kukiełki, a z domowej - chleby na cały tydzień. Gospodarz z chłopcami lub parobkiem rąbie drzewo, rżnie sieczkę na trzy dni. Wszyscy poszczą cały dzień, a nawet "suszą" o kawałku chleba, lub o pieczonych ziemniakach - aż do wieczerzy....
Gdy gospodyni upora sie z plackami, zaczyna gdzieś koło "połednia" warzyć po trochu z każdej potrawy, jakiej w ciągu roku będą używać.
Południowego jadła, - obiadu - dziś niema, więc apetyty "zaostrzone" po jałowem, suchem śniadaniu i wszystko z utęsknieniem oczekuje tradycyjnej wigilijnej wieczerzy, na która przecie mają przybyć "kumowie", najbliżsi krewni i sąsiedzi.
Skoro się ściemni i pierwsza gwiazda ukaże się na niebie, wnosi gospodarz do izby snopek owsa, wiązkę słomy i siana. Snopek owsa stawia w kacie izby, siano kładzie na stół, który "gospoś" nakrywa obrusem; część siana rzuca pod stół. Dziewczęta tymczasem kończą starannie zamiatanie izby, boc przez następny dzień święta Bożego Narodzenia nie wolno będzie ruszać miotły.
Przed "pośnikiem" wszyscy wymyci i wypucowani klęcząc odmawiają pacierz i proszą Boga, by im raczył błogosławić w pracy przez cały rok. Gdy się zjawią zaproszeni goście, łamią sie wszyscy w milczeniu opłatkiem, życząc sobie szczęścia, zdrowia, "fortuny, a po śmierci niebieskiej korony" i doczekania drugiej wiliji ....
Dejsze nam, Boże, scęśliwie dockać drugie wilije i drugiego Bożego Narodzenia - odzywa się poważnie głowa rodziny.
- O, dej-ze nom, dej - dorzuca babunia-staruszka.
Wszyscy zasiadają do stołu - do postniku; jedynie małe dziecięta - z łyżkami w rękach stoja przy stole (...)
"Pośnik" wigilijny składać się musi ze wszystkich potraw, które się jada cały rok. A każdy je powoli, z rozwagą i namaszczeniem pewnem, boć to przecie nie zwykła wieczerza, ale rodzaj uroczystego obrządku ludowego. I przynosi skrzetna mamusia - z kuchni - "z blachy" miske za miską, z któej wszyscy społęm, w zgodzie zajadać mają. A więc najpierw barszcz z grzybami, potem ziemniaki lnianym olejem namszczone, następnie kapusta z grochem, paluszki z olejem, fasola, pęcak z jabłkami suszonemi, kaszą jaglaną, kluski, kasza hreczana z ugotowanemi śliwkami suszonemi, pierogi z kapustą, lub z powidłem.
Zaczynając "pośnik" - mówi gospodarz domu:
- Wilcku, wilcku, chodź-ze do pośnicku ! Jak nie przyjdzies dzisioj, to nie przychodź nigdy.
Gdy jedzą kapustę, gospodarz bierze za głowę najbliżej siedzącego, mówiąc: "Składaj się kapustko, składaj, byś tako urosła, jak głowa człowieka". To samo robią i inni domownicy między sobą. Kiedy zajedzą groch, pociagaja się za włosy, mówiąc: "Wij się, grosku, wij" - lub - "wiąz się grosku, wiąz". Podczas jedzenia kaszy jaglanej, uderzają się lekko po głowach, móiąc: "Kiść się, proso, kiść!". Gdy jedzą ziemniaki, mówią: "Ródźcie się, ziemniocki, ródźcie !". Przy jedzeniu zaś potraw mącznych mówią: "Pleń sie, zboze, pleń!".
Wzięła mamusia miskę ze stołu - a z nią i kawałek opłatka, podłozonego umyślnie pod miskę.
- O, widzis, staro - mówi ojciec - plenie będzie proso, bo sie przylepiuł opłatek do miski.
- A zimnioki tyz plenie bedą - odzywa się mały Wojtuś - bo jaze dwa kawołecki opłatka przylepiły sie.
- A - nie dziwota - mówi Marysia - bo mądry Wojtuś pośliniuł pewnikiem opłatek.
- A juści - wtrąca się Kasia Wilczeńsconka - ma dużo śliny w gambie, bo napiuł się wody podczas pośniku i teraz do bedzie bez cały rok zgaga paliła.
- Nie baj baja - mói rozsądny ojciec. Nie wywołuj wilka z lasu - przemawia od "blachy" matka. Zakolendujcie co - to bendzie lepiej. I poważnym głosem zaczyna ojciec kolędę: Wśród nocnej ciszy ....
Po skończonej wieczerzy i pacierzu zasiadają na ławach i zaczynają śpiewać przepiękne kolędy i pastorałki. Babcia wzięła do ręki kantyczkę i jęła śpiewać z wnuczętami jedną po drugim pastorałkę, aż jej głos zachrypł.
Dziewczęta jakoś nie mogą usiedzieć na miejscu, toz wybiegają na podwórko i nadsłuchują; z której strony pies zaszczeka, z tej strony przyjdzie chłopieć przeznaczony na męża. Gospodarz zaś lub jego synowie robią wróżby: rzucają ździebłą żytniej słomy na pułap - za tragarz; ile ździebeł słomy zatrzyma się za tragarzem, tyle kop żyta będzie w przyszłym roku.
Potem wychodzą do sadu owocowego. Parobek, idąc naprzód, uderza siekierą w drzewo i zapytuje się: - "Bedzies rodzić cy nie, bo cie zetne ?" - Drugi zaś, idąc za nim, odpowiada: "Oj, nie ścinaj go tyz, bo jesce bedzie rodziło", - i obwiązują drzewo powrósłem, aby silniej owocowało. Inni zaś znów obsypują drzewo makiem, aby tyle owoców było na niem, ile ziarnek maku ...

Ks. Jan Wacławski

Czasem fajnie jest zobaczyć, jak to kiedyś bywało, szczególnie w kontraście z wspolczesną komercją.

Wszystkim życzę, aby w te Święta Bożego Narodzenia znaleźli to, co dla nich najważniejsze. I aby to trwało jak najdłuzej....

czwartek, 15 grudnia 2011

W każdej dziedzinie życia nadmierna przesada może być szkodliwa. Nachalność burzy efekt i wywołuje skutek przeciwny do zamierzonego. Dotyczy to także polityki, szczególnie poza kampanią wyborczą. Czy nie wie o tym Janusz Palikot?
Zmieniając cyklicznie swoje poglądy,  aktualnie jest wojującym antyklerykałem. Wiemy o tym od 1,5 roku, na tym właśnie zbudował swoje poparcie społeczne i wszedł do sejmu. Teraz jednak show się skończył i pora na normalną, codzienną pracę parlamentarną. Może mniej efektowną, ale znacznie skuteczniejszą. Show z różnego rodzaju gadżetami ładnie sprzedaje się w telewziji, jednak będąc po drugiej stronie barykady i tworząc prawo - bardziej przydałyby się zdolności w zjednywaniu innych do poparcia konkretnych projektów ustaw.

Ustawa budżetowa jest jedną z najważniejszych ustaw uchwalanych przez sejm. Niezależnie od tego, czy jakieś ugrupowanie jest za czy przeciw przyjętym w niej założeniom - na pewno wymaga powagi. W tym kontekście patrząc - to co wczoraj w sejmie pokazał Janusz Palikot "nie licuje z powagą posła". To oczywiście frazes, ale od tej ustawy naprawdę zależy nasze życie w 2012 roku, happeningi lepiej zostawić sobie na inną okazję.
Nie bardzo też rozumiem, co chciał osiągnąć wymachując z sejmowej mównicy Biblią? Opowiadając o cudach w niej opisanych? Do kogo adresował swoje wystąpienie? Do innych posłów? Chciał pokazać swoim, że jeszcze nie zmienił poglądów i nadal jest antyklerykalny? Do członków innych ugrupowań? W jakim celu? Liczył na to, że znajdzie się ktoś, kto poczuje, że jego uczucia religijne zostały urażone i sprawa zrobi się głośna? A może było to widowisko przeznaczone dla nas wszystkich? Liczy na wzrost poparcia?

Wczoraj, nieco w przelocie, dotarła do mnie także informacja, że Ruch Palikota chce legalizacji nie tylko marihuany, ale również twardych narkotyków m.in. heroiny i LSD, Moja pierwsza myśl była taka, że jeszcze nie dostali palca, a już chcą całą rękę i to z połową wątroby. Póki co jednak - jest oficjalne dementi Andrzeja Rozenka. Owszem, ruch Wolne Konopie ma taki projekt, ale nie był on jeszcze dyskutowany na forum klubu RP:
Stanowisko Ruchu Palikota ws.ustawy narkotykowej
Ciekawe, jaki będzie ciąg dalszy tej sprawy? Mam jednak wrażenie, że ogłoszenie takiego pomysłu zadziała przeciwnie w stosunku do tego, o co chodziło temu ugrupowaniu. Nie liczyłabym na kalkulacje w stylu, że oni chcą calkowicie zakazać wszytskich narkotyków, my chcemy zgody na heroinę, a w końcu obie strony przystaną na kompromis i zalegalizowana zostanie marihuana. Moim zdaniem - bardziej prawdopodobne jest raczej usztywnienie stanowisk zwolenników całkowitego zakazu. W dodatku społeczne poparcie też raczej może się zmniejszyć. Przesada jest antyskuteczna.

W tym wszystkim najbardziej zastanawiające jest dla mne to, jak swoją role w sejmie widzi Janusz Palikot ze swoim ruchem? Chyba jeszcze woda sodowa szumi w głowie, ale calkiem niedługo dotrze do niego, że wprawdzie dostał się do parlamentu, ale tych wyborów nie wygrał. I wówczas albo weźmie się do cięzkiej pracy pisania własnych projektów ustaw i szukania więksości do jej poparcia, albo ograniczy się do realizacji programu tylko na konferencjach prasowych i udawania, że coś chce zrobic, ale mu nie wychodzi. Gonienie króliczka może być zabawne, ale wyborcy mają duże oczekiwania i wcześniej czy później zaczną rozliczać.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 96













Darmowy PageRank
Komentarze.eu - Przegląd polskiej blogosfery
Blogi Polityczne