Po obchodach dziesięciolecia odzyskania morza i Pomorza
Po wojnie światowej, która Polsce wróciła wolność, nieodrazu zjednoczyły się w całość wszystkie polskie ziemie. Zabrane juz w pierwszym rozbiorze Polski Pomorze wróciło do Polski po 147 latach niewoli dopiero z początkiem 1920r. Stało się to na podstawie postanowień układu pokojowego, zawartego w Wersalu 28 czerwca 1919r. Choc więc cała Polska i razem z nią Pomorze święci dzień 11 listopada jako dzień odrodzenia Polski, to jednak dziesiąta rocznic objęcia przez Polskę władzy na Pomorzu przypadła dopiero na koniec stycznia i początek lutego 1930 r. Uroczyste obchody rozpoczęły się w dniu 18 stycznia b.r. W ten dzień w roku 1920 stanęły na ziemi pomorskiej w Toruniu, wojska Generała Hallera. Jemu bowiem Rzeczpospolita powierzyła obejmowanie władzy nad tą ziemią. Fala uroczystości rocznicowych posuwała się śładem marszu jego wojsk, aż 10 lutego doszła do Pucka. Na tę pamiątkową uroczystość przybył Generał Haller. Towarzyszył mu X.Wryca, który przed dziesieciu laty odprawił mszę św. polową, wygłosił porywające kazanie i dokonał poświęcenia polskiej bandery, co wówczas po raz pierwszy załopotała nad Bałtykiem.
Zaślubiny Polski z Bałtykiem
Przed dziesięciu laty, dnia 10 lutego, generał Haller, obejmujacy morze i Pomorze w imieniu Rzeczypospolitej, doszedłszy z wojekiem do wybrzeża w Pucku, wjechał konno w wody Bałtyku i rzucił w nie złoty pierścień, jako znak wiecznego ślubu Polski z Bałtykiem.
Spójrzmy na umieszczony tu obraz zaślubin Polski z Bałtykiem, Nad samy brzegiem wojsko polskie prezentuje broń. Orkiestra gra polski hymn narodowy: Jeszcze Polska nie zginęła. Szwadron konnicy wjechał do morza i końce proporców umoczył w jego fali. Na siwym koniu podjeżdża ku głębi Generał Haller i rzuca w morze złoty pierścień na znak wieczystych węzłów między Polską a Bałtykiem. Z boku ludność kaszubska wznosi okrzyki radości. Morze - w tej chwili polskie już morze - pluszcze pieszczotliwą falą o brzeg - teraz już polski. W górze łopoce polska badera, a wiatr od morza zwraca ją ku Polsce. Ku Polsce wieje ten wiatr, by go Polska cała głęboko w pierś wciągnęła i ożywiła nim na nowo dawne, piastowskie jeszcze dążenia do morza i ukochanie morza. Czyż taka chwila niewarta uwiecznienia? Czyż nie przypomina się żywo narodowi i tym, co wówczas na tę chwilę patrzyli. Przypomniało ją jeszcze żywiej przybycie głównego jej bohatera, Generała Hallera, którego tak gorąco i wówczas i dzisiaj witano.
Widok portu gdyńskiego w nocy
Przed dziesięciu laty było tu tylko ciche wybrzeże rybackie, małe łódki i suszące się sieci. Dziś potężne dźwigi na największe statki zamorskie ładują polskie towary.
A dzisiaj? Dzisiaj ten wiatr od morza pełniejszym wieje tchem. Niesie odgłosy tego życia, które od lat dziesięciu wre dzięki Polsce nad polskim morzem. Tam, gdzi edawniej było ciche i liche wybrzeże i cicha i licha Gdynia rybacka, tam dziś wre życiem nowe miasto i nowy port, do którego wpływają potężne zamorskie olbrzymy, wwożąc i wywożąc w szeroki świat płody ludzkiej pracy. Gdzie dawniej na drążkach rozpinała sie nikła plecionka rybackich sieci, tam dziś, nawet w noc ciemną, w gorejącym świetle lamp portowych, rysują się potężne sploty ramion żelaznych dźwigów, pełniących służbę między lądem a morzem. Oto potomstwo, co wyrosło z tych ślubów między Polską a Bałtykiem. Świadectwo pracy, świadectwo życia, świadectwo rozumienia wielkich zadań Polski w tem małżeństwie z morzem. W tę dziesiątą rocznicę objęcia morza i Pomorza porównanie tego, co było, z tem co jest, wstydem nas nie przejmie.
Obszerne fragmenty tej notki umieściłam już kiedyś na tym blogu. Wydaje mi się jednak, że dziewięćdziesiąta rocznica zaśłubin Polski z morzem - warta jest tego przypomnienia. A tak zupełnie przy okazji - próbując sobie przypomnieć - czy i jak świętowano dzień 10 lutego w PRL-u - nic mi się nie przypomina. Zawodzi pamięć czy ważniejszy były te zaśłubiny z 1945 roku (obraz czterech pancernych wraz z Szarikiem nie daje się zastąpić niczym innym). W każdym razie generał Haller doczekał się w Gdańsku własnej ulicy dopiero wtedy, gdy zamalowano tablice z Karolem Marksem, patronującym jej w czasach słusznie minionych.
Nie milkną echa niedzielnych wyborów na Ukrainie. Trwają różne spekulacje związane z dalszym rozwojem sytuacji w tym kraju. A tak naprawdę - to trzeba spojrzeć na to w prosty sposób: Ukraina jest wolnym, suwerennym państwem. Odbyły się tam demokratyczne wybory, wybrano prezydenta i nie nam oceniać czy jest to wybór dobry czy zły. Może warto się tylko zastanowić - co takiego stało się w ciągu ostatnich 5 lat, że wielki entuzjazm, nadzieje i radość pomarańczowej rewolucji obróciła się przeciw tym, którzy wówczas stanęli na czele tłumu zgromadzonego na Majdanie? Co złożyło się na ich wielką przegraną? Czy przypadkiem najwiekszym problemem pomarańczowych polityków nie stały się waśnie, podziały i kłótnie w ramach tego obozu? Nawet zakładając, że jest to bardzo uproszczona analiza przyczyn upadku Juszczenki i Tymoszenki - to w gruncie rzeczy czy nie do tego się to sprowadza? Czy sami nie widzimy tego również na naszej scenie politycznej, gdzie na zmianę lewa i prawa część dzieli się lub konsoliduje? Za każdym razem płacąc za to wysoką cenę? Może zwykły obywatel - z tej czy tamtej strony Buga ma już dosyć sporów i kłótni i tęskni choćby za pozorami stabilizacji?
Demokracja jest ustrojem, o którego wadach i zaletach powiedziano i napisano już wiele. Ma swoje reguły i zasady, których należy jednak przestrzegać. Także wtedy, gdy wynik ich działania nie spełnia naszych oczekiwań. Jeżeli przegrywamy - to trzeba przyjąć to z godnością. Dezawuowanie przeciwnika w takim przypadku fatalnie świaczy tylko i wyłącznie o nas. Dlatego nie mogę zrozumieć obecnego postępowania premier Julii Tymoszenko, nieuznającej swojej przegranej Tymoszenko zaskarży wybory Odejść też trzeba umieć z godnością. A w tym konkretnym przypadku - Ukrainie najbardziej potrzeba współpracy pomaranczowych z niebieskimi. Tym bardziej, że obie strony mają wyrównane poparcie. Może dobrze byłoby, gdyby zamiast trwonić siły na wzajemne zwalczanie się - wykorzystać je dla dobra kraju?
A ponieważ w tym roku my także mamy wybory - może zawczasu pomyślmy o tym - jakie wnioski możemy wyciągnąć tej ukraińskiej lekcji? I nie powtarzajmy błędów naszych sąsiadów.
Od dobrego tygodnia jestesmy świadkami i uczestnikami szerokiej dyskusji na temat rezygnacji Donalda Tuska z wyścigu o urząd prezydenta. Poodkrywane zostały drugie, trzecie i czwarte dna, niektórzy dotarli nawet do supertajnych badań. Wszyscy zastanawiają się - co się kryje za tą decyzją i co premier miał na myśli - mówiąc, że nie wystartuje. Przyglądając się jednak dokładnie naszej scenie politycznej - widać jednak wyraźnie, że jest to trend we wszystkich partiach: żadne ugrupowanie nie wystawia swojego lidera w wyborach prezydenckich. PiS - Jarosław Kaczyński jest chyba ostatnią osobą, którą ta partia wystawiłaby jako kandydata. SLD - zamiast Grzegorza Napieralskiego mamy Szmajdzińskiego, który nawet nie należy do grona najpopularniejszych polityków tej partii. PSL - kandydata jeszcze nie znamy, ale Waldemar Pawlak zdecydowanie powiedział, że nie startuje.
Startujący z list "planktonu politycznego" Olechowski czy Nałęcz też nie są przywócami popierających ich ugrupowań. O co więc chodzi? Dlaczego decyzja lidera PO budzi takie zdziwienie? Skąd te głosy polityków o naturalnym uwieńczeniu kariery? O tchórzostwie? Może problem w tym, że liderzy chcieliby, ale mając mizerne szanse - po prostu obawiają się porażki?
Staropolska gościnność była prosta i oczywista, zgodna z zasadą: "Gość w dom, Bóg w dom". Jeden z moich znajomych na własny użytek powtarza: "Gość w dom, margaryna na stół". W każdym razie, zapraszamy gości nie po to, aby ich obrażać. W stosunkach międzynarodowych sprawa ta jest jeszcze bardziej skomplikowana i uwarunkowana róznymi zawiłościami dyplomatycznymi. Pół roku temu, w ramach obchodów rocznicy wybuchu II wojny światowej, na Westerplatte gościli szefowie rządów państw w niej uczestniczących. Był tam także premier Rosji, Putin. Kilka dni po uroczystościach szef największej partii opozycyjnej miał o to zaproszenie straszliwe pretensje: Po co zaprosili tu Putina? Takie wystąpienie było mało sympatyczne i wywoływało, no, może nie absmak, ale niesmak z pewnością. W każdym razie - z dużą dozą prawdopodobieństwa można przyjąć, że zostało w Rosji zapamiętane. Czy mogło to wpłynąć na decyzję rosyjskiego prezydenta Miedwiediewa, który na obchody upamiętniające wyzwolenie obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau nie przyjechał, wysyłając jednego ze swoich ministrów? Nie wiem, ale na pewno nie było argumentem "za". Dokładając do tego późne wysłanie zaproszenia - efekt był jaki był.
Kilka dni temu do premiera Tuska zadzwonił premier Putin zapraszając go na obchody Katynia. Oficjalnie. Nie jest to pewnie jeszcze wielki przełom w obciązonych trudną historią stosunkach polsko-rosyjskich, ale pierwszy mały krok owszem. W Katyniu, oficjalne uroczystości - to coś niespotykanego i z pewnoscią powinniśmy się cieszyć z tego, że coś się zmienia na lepsze. Dlaczego prezydent chce to zepsuć? O tym, że jest głową państwa wiemy - przypomina nam co chwilę i to również na forum międzynarodowym. Czy jednak oznacza to, że musi wpychać się nawet tam, gdzie nikt go nie zaprasza? Tylko dlatego, że takie zaproszenie dostał szef rządu? Ja też będę w Katyniu Owszem, może pojechać tam nieoficjalnie i stanąć gdzieś z boku oficjalnych uroczystosci państwowych z udziałem premierów obydwu krajów. Czy jednak jest to miejsce dla prezydenta RP? Ja mam wątpliwości i uważam, że w ten sposób obniża autorytet piastowanego przez siebie urzędu. I nawet jeżeli w końcu udałoby się załatwić zaproszenie równiez dla Lecha Kaczyńskiego i przesłać je np. na niecały miesiąc przed uroczystościami - to po takich wystąpieniach - i tak już ośmieszył - siebie i urząd. Przy okazji pokazując, że nawet wielkie tragedie narodowe zaprzęgnięte do bieżącej walki politycznej łatwo mogą stać sie tragifarsą. Szkoda.
Wszechstronne omawianie decyzji premiera o rezygnacji z ubiegania się o prezydenturę jakoś nie schodzi z czołówek newsów. Dyskutują o tym wszyscy i wszędzie. Najciekawiej w tym kontekście brzmią jednak wypowiedzi polityków PiS. Skoro trudno się przyczepić do samej decyzji - to krytykują termin jej ogłoszenia. O dziwo jednak wcale nie w kontekście "przykrywania" prac komisji hazardowej, a tak w ogóle. Już wczoraj w programie "Babilon" posłanka Kluzik-Rostkowska miała głośne pretensje o to, że Donald Tusk nie ogłosił swojej decyzji w ubiegłym roku. Dziś w "Kawie na ławę" o to samo miał pretensje europoseł Marek Migalski. Dlaczego teraz, a nie wcześniej? Nawet zwykle zrównoważony minister Stasiak stwierdził, że Plaforma powinna jak najszybciej przedstawić swojego kandydata, gdyż wymaga tego debata publiczna.
Oceniając te wypowiedzi - zastanawiam się dlaczego właściwie PO miałaby swoją taktykę uzgadniać/dopasowywać do potrzeb opozycji? Czyżby w polityce zapanowały jakieś nowe niepisane reguły? Wszystko to jednak można by uznać jako fajne i zrozumiałe, gdyby nie miały drobiazg. Obecnie urzędujący prezydent decyzję o własnej reelekcji podejmie i ogłosi na wiosnę. Oznacza to, że na dzień dzisiejszy PiS nie przedstawił jeszcze swojego kandydata na prezydenta.... Cóż, czasami warto być konsekwetnym. Jeśli żądamy czegoś od innych - sami też powinniśmy być w porządku.
Katyń to w naszej powszechnej świadomości bardzo tragiczna i poważna sprawa. Czy jednak na pewno zawsze i wszędzie wymaga to patosu, w dodatku połączonego z gigantomanią? Czy zbrodnia Katyńska straci na swym tragiźmie, gdy będziemy o niej mówić z mniejszym zadęciem?
Ogromny Pomnik Ofiar Katynia
Cóż, nie podoba mi się ta wizja. To co stało się w Katyniu wcale nie wymaga dowartościowywania. Choć o gustach podobno się nie dyskutuje.....
Do ciągłego ogłaszania zmiany wzierunku medialnego PiS nas już przyzwyczaił. Tym razem jednak - o ile uda się wytrzymać (co w kontekście "parcia na szkło" niektórych polityków wcale nie jest takie pewne) - może przynieść pozytywne rezultaty i wzrost słupków sonadażowych. Najnowsza taktyka polegać ma na zdecydowanym ograniczeniu aktywności medialnej polityków PiSU: PiS się chowa, gdy PO będzie krwawić Pomysł dobry - nie od dziś wiadomo, że notowania tej partii rosną najbardziej, gdy jej nie widać i nie słychać. Ciekawe, czy dotyczy to także naszej głowy państwa? Tu tendencja jest już od dłuższego czasu widoczna - im bardziej schowany, tym większe poparcie.
Może więc wpadkę ze strony głównej PiS-u należy traktować jako łabędzi śpiew harcowników? W końcu emocje tkwią w każdym: PiS obrzuca premiera obelgami A tu prezes każe siedzieć cicho i nie na widoku.....
Wczorajsze oświadczenie premiera o rezygnacji z ubiegania się o prezydenturę wywołało w naszym światku politycznym niezłą burzę. Wygląda na to, że najbardziej zdezorientowana jest sama Platforma. Opozycja - jak to opozycja - krytykuje. Gdyby decyzja była zupełnie inna - też by krytykowała i doszukiwała się drugiego dna. W każdym razie na pewno układ sił w nadchodzącej kampanii się zmienił i trzeba będzie nieco zmienić taktykę. Kto na tej deczyji skorzysta? Cóż, można pogdybać. Na pewno nie skorzysta na tym Lech Kaczyński. Zbyt duży i i silny elektorat negatywny, działający na zasadzie - każdy tylko nie on. Cztery lata prezydentury tylko go rozszerzyły i utwardzily w przekonaniach - tu już wiadomo jak wygląda to w praktyce. Nie bez powodu obecnie urzędujący prezydent przegrywa w sondażach z każdym po kolei. Szmajdziński? Może minimalnie zyskać, ale tak naprawdę to mam wrażenie, że jest w stanie zagospodarować głównie lewą stronę sceny politycznej i to tylko tę z rozrzewnieniem wspominającą czasy PRL-u. Otwarcia w kierunku centrum tu nie widać. Może więc Olechowski? Teoretycznie jako jeden z twórców Platformy miałby duże szanse, ale obawiam się, że swoją kampanię prezydencką zaczął od całkiem niewłaściwej strony. Skoro wspólnie z Pawłem Piskorskim wypłynęli na krytyce PO i samego Donalda Tuska - to trudno teraz oczekiwać, że uzyskają poparcie tej partii. Poza tym budowany na opozycji w stosunku do PO program Stronnictwa Demokratycznego (zakładam, że niezależnie do samej osoby przewodniczącego tej partii - nadal ma jej poparcie?) - musiałby jednak ulec dość radykalnym przeobrażeniom. Zobaczymy, łaska elektoratu na pstrym koniu siedzi.....
Rezygnacja premiera z kandydowania nie oznacza jednak, że PO generalnie odpuszcza sobie te wybory. Ostatnie 2 lata pokazały, że głowa państwa ma jednak sporo możliwości wpływania na dzialania rządu. Wetowanie ustaw na pewno nie sprzyja szybkiemu wdrażaniu koniecznych reform. Przyjazny rządowi prezydent może natomiast współdziałać z rządem nawet w tym, co bolesne, choć konieczne. Kogo może więc poprzeć PO? Na giełdzie króluje Bronisław Komorowski i Radosław Sikorski. Obie kandydatury nie są złe, chociaż czegos mi tu brak. Zastanawiam się natomiast jak głębokim wstrząsem dla naszej sceny politycznej byłoby namówienie do startu w wyborach Włodzimierza Cimoszewicza? Z zagwarantowanym poparciem PO - moim zdaniem mogłoby się skończyć już na pierwszej turze. A sam senator - w praktyce znany z swojej niezależności - miałby szansę pokazac nam model prezydentury mądrej, kompetentnej i niezależnej od zadań zlecanych przez szefów partii.... Szkoda, że ten wariant na chwilę obecną jest raczej mało prawdopodobny. Dla nas wszystkich mógłby być naprawdę najlepszy.
"PALENIE ALBO ZDROWIE - WYBÓR NALEŻY DO CIEBIE" - swego czasu czasu taki napis straszył na paczkach papierosów. Słowa te moim zdaniem dobrze odzwierciedlają liberalne podejście do życia: ja decyduję i wybieram. Nawet jeśli wybieram głupio - to jest to mój wybór, za który ponoszę konsekwencje. Instynktownie bardzo nieufnie podchodzę do wszystkich, którzy "dla mojego dobra" próbują mi to prawo wyboru ograniczyć. W każdej sprawie, nie tylko w sięganiu po papierosa. Poprzednia koalicja rządowa (PiS-Samoobrona-LPR), nieudolnie próbująca wprowadzic w życie projekt IV RP stawiała jednak przynajmniej sprawę jasno: silne państwo czuwające nad dobrem obywateli, nawet wbrew ich woli. Najsłabszym ogniwem w takim rozumieniu państwa był właśnie obywatel, więc na wszelki wypadek starano się kontrolować nasze poczynania, testować odporność na wdzięki agentów i naszą podatność na korupcję. Nic dziwnego, że w kolejnych wyborach parlamentarnych twórców takiej koncepcji państwa odesłaliśmy do kąta i wybraliśmy formację, która deklarowała zupełnie odmienną koncepcję, w której to państwo jest dla obywatela, a nie obywatel dla państwa. Czy jednak nie okazuje się, że tylko na deklaracjach się skończyło? Jak powinniśmy traktować propozycje wprowadzenia Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych? Znane dotąd głównie z Chin próby ograniczania i cenzurowania internetu wywołują oburzenie na całym świecie i całkiem słusznie są nazywane ograniczaniem praw człowieka. Wprawdzie w Chinach podobno jest brzydka władza, ale na jakiej podstawie mamy uważać, że nasza władza będzie "dobra" i nie wykorzysta stworzonych przez siebie możliwości do blokowania nieprzychylnych sobie opinii? Nawet zakładając bezwarunkowe zaufanie do obecnego układu rządowego - kto wie co może się zdarzyć i jakie ugrupowanie dojdzie do władzy? Nic nie jest wieczne, a nasza scena polityczna wiele już zadziwiajacych wstrząsów przeżywała. Jak to się jednak ma do głoszącej hasła wolności Platformy Obywatelskiej? Kolejny zawód? Cóż, walka z internautami na dłuższą metę z pewnością się nie opłaci. PO zdecydowanie po raz kolejny strzela sobie w stopę. Co o tym sądzicie? Zapraszam do dyskusji na blogu debat politycznych: W trosce o dobro obywateli?
Chwilami mam wrażenie, że w kraju nie dzieje się nic szczególnego, a całe nasze życie medialno-polityczne toczy się tylko i wyłącznie wokół komisji śledczej powołanej do wyjaśnienia afery hazardowej. Jakoś mam jednak wątpliwości, czy na pewno wszyscy żyją kwestią Rycha, Mira, Grzecha, spotkaniami w "Pędzącym króliku" czy kwestią żółtego pudru naciapanego na pośle Chlebowskim w odróznieniu od brązowego, fachowo nałożonego na posła Arłukowicza. Zwolennikiem spiskowej teorii dziejów nie jestem, ale ostatnio łapię się na tym, że jestem już zmęczona tą aferą. I jakoś nie sądzę, abym była wyjątkiem. Problem w tym, że ta komisja po prostu fatalnie pracuje. I to pod każdym względem. Zdaję sobie sprawę z tego, że sejmowe komisje śledcze nie są w stanie przeprowadzić profesjonalnego dochodzenia, ale chyba nawet nie taka ich rola, od tego jest wymiar sprawiedliwości. Ostatnie rewelacje ze sprawy Olewnika pokazują, że taka droga jest skuteczna (szkoda, że nie od samego początku). Zadaniem komisji śledczych jest tak naprawdę wyjaśnienie i ocena polityczna sprawy. Czy zwalnia to jednak od dbałości o zachowanie pewnych standardów? Juz nawet nie wracając do sprawy powołania i wybrania prezydium czy spektakularnego wykluczenia z jej prac Kempy i Wassermanna - to z każdym dniem jest coraz gorzej. Tak się akurat złożyło, że mimowolnie i trochę z boku mogłam śledzić przesłuchanie Zbigniewa Chlebowskiego. Zemdliło mnie już po pierwszej godzinie "mowy wstępnej" posła. Cóż, dalej wcale nie było lepiej. Mam wrażenie, że członkowie komisji śledczej, czując wagę tego przesłuchania - za wszelką cenę chcieli się wykazać. Wyraźnie jednak byli nieprzygotowani merytorycznie do zadawania pytań i tak naprawdę - to Zbigniew Chlebowski wcale nie miał trudnego zadania. Tym bardziej, że trudno mieć do kogoś pretensje, że nie pamięta dokładnie z kim i o czym rozmawiał konkretnego dnia przed rokiem czy dwoma. Ostatnie godziny to był już naprawdę żenujący spektakl ciągłego zadawania tych samych pytań. Może chodziło o zmęczenie świadka w nadziei na to, że chlapnie coś za dużo? W każdym razie nie udało się to - szanowny poseł Chlebowski do końca trzymał formę. W odróżnieniu od śledczych, którzy wyraźnie się zgubili w zadawaniu pytań. Wszystko to odeszło jednak w cień po kuriozalnym zakończeniu przesłuchania. Mirosław Sekuła zdecydowanie przegiął, tym bardziej, że skrócił przerwę z 10 do 6 minut. Te brakujące 4 minuty to ewidentny strzał w stopę i to nawet nie samemu sobie, a całej Platformie. Piątkowy ranek przyniósł kolejne doniesienia, które wyraźnie świadczą o tym, że PO juz kompletnie nie dba o standardy. Pierwsze objawy wpadania w panikę? Gdy w pierwszej chwili usłyszałam, że Mirosław Drzewiecki nie stawi się przed komisją ze względu na stan zdrowia, zrobiło mi się go żal. Sądziłam, że to problemy z sercem. Gdy okazało się, że to gardło (co trudno zakwalifikować jako przypadek bardzo nagły), a w dodatku sprawa dostarczenia "usprawiedliwienia" została tak głupio rozegrana - przestałam rozumieć - o co tu chodzi. W każdym razie - wrażenie jest fatalne i z pewnością odbije się na słupkach.