Przez parlament jak burza przelatuje projekt ustawy antyhazardowej. Wczoraj Sejm, dziś Senat. Za chwilę projekt trafi do Prezydenta i też pewnie szybko zostanie podpisany. A za chwilę okaże się, że uchwalana w takim pośpiechu ustawa jest bublem prawnym i trzeba ją jeszcze szybciej znowelizować.
Tymczasem jednak wcale nie widać, aby hazard miał się źle. Właśnie powstał nowy bukmacher. Lechia Gdańsk jest pierwszym klubem ekstraklasy, który ma swojego własnego bukmachera. Czy za nim pójdą inni? Jakoś mało motywująca wydaje mi się sytuacja, w której łatwo może się okazać, że nie warto wygrywać meczu , gdyż przegrana przyniesie klubowi większe korzyści finansowe. Może jednak się czepiam?
Nasz koalicyjny rząd ma dwa lata. Zaczynał tak: Mamy rząd Patrząc na tamto zdjęcie - aż tak wiele się nie zmieniło. Przynajmniej jeśli chodzi o ilość zmian ...
Nie będę robić podsumowania, bilansu, oceny. Wszędzie wokół jest tego pełno. Zarówno zwolennicy jak i przeciwnicy tego rządu mają wiele argumentów na poparcie swoich tez. A dla mnie konkluzja jest jedna: gdybym miała pójść teraz na wybory - swój głos ponownie oddałabym na PO. Póki co - nie widzę żadnej alternatywy. Nasza scena polityczna wymaga jeszcze wielu zmian, na które jednak, przynajmniej w tej chwili się nie zanosi. Na kogo mogłabym głosować? PiS - na wspomnienie IV RP jeszcze dziś czuję niesmak. Nie chcę żyć w państwie, w któym każdy obywatel jest podejrzany i należy go tylko odpowiednio sprowokować, aby złapać na gorącym uczynku. Nie chcę udawadniać swojej niewinności, tym bardziej, że i tak pozostałąbym w kręgu podejrzeń. Przede wszystkim jednak nie chcę żyć w społeczeństwie ciągle dzielonym i antagonizowanym. Poprzednia ekipa rządząca własnie taki model państwa wcielała w życie i przeciwko takiej wizji zaprotestowaliśmy przy urnach 2 lata temu. SLD - cóż, to nie na lewicę chciałabym głosować, ale tak naprawdę czy SLD to klasyczna lewica? Mam wątpliwości. Przede wszystkim jednak jest to partia zamotana w sporach personalnych, bez obdarzonego autorytetem lidera (Napieralskiego nie liczę, nie ma żadnej charyzmy), bez spójnego i jasnego programu. Nawet nie widać prób stworzenia wizji siegnięcia po władzę. Chwilami mam wrażenie, że poparcie w porywach do 12-13% to szczyt marzeń Grzegorza Napieralskiego. W istotnych głosowaniach głosy SLD są potrzebne, można poczuć się ważnym, stawiać warunki i dostawać stanowiska np. w mediach publicznych. PSL - nawet nie warto pisać i to nie dlatego, że mieszkając w dużym mieście nie jestem typowym elektoratem tej partii. Nie będe jednak popierać partii obrotowej, która poglądy na bieżąco dostosowuje do koalicyjnych potrzeb, a stała jest tylko w jednym - dbaniu o interesy własne, krewnych i znajomych. Poparcie zdobywa zaś poprzez pilnowanie, aby nikt nie ruszył KRUS-u.
W sejmowym kąciku jest jeszcze Polska XXI. Kilka znanych nazwisk outsiderów głównie z PiS-u. Co mają do zaproponowania? Nie słyszałam, czy w ogóle coś. Oprócz tego jest też kilku niedobitków z SD. Akurat o tej partii ostatnio głośno w mediach, głównie za sprawą wewnętrznych podziałów. Tu akurat odrzuca mnie Paweł Piskorski, któremu nie ufam. Działa tu tylko czysty instynkt, a więc kryterium bardzo niemerytoryczne. Problem jednak w tym, że sądząc z doniesień medialnych - w SD dochodzi do przejmowania władzy w sposób mało demokratyczny. Niezależnie od mniej lub bardziej szczytnych celów - to boję się ludzi, którzy potrafią zawiesić demokrację na kołku, aby je osiągnąć.
Jednym słowem - w moich oczach jedynym możłiwym warianteM wyboru jest PO. I tak naprawdę - ten brak rozsądnej i akceptowalnej alternatywy wcale mnie nie cieszy i na pewno nie wpływa korzystnie na jakość naszego życia politycznego. Czy przyszłoroczne wybory prezydenckie i samorządowe zmienią ten układ? Cóż, pożyjemy, zobaczymy.
Dyskusja o miejscu krzyża w naszej przestrzeni publicznej trwa w najlepsze. Głos zabierają kolejne osoby, padają coraz cięższe argumenty. Cóż, debaty ideologiczne wywołują, często zresztą niepotrzebne, emocje. Nad burzliwymi debatami społecznymi i politycznymi trzeba umieć zapanować. Potrzebny jest moderator, który mając w ręku oliwę - wyleje ją na wzburzone morze, a nie doleje do ognia. Czy z samej definicji urzędu nie powinien to być Prezydent? Stojący na straży Konstytucji, swoją postawą budzący poszanowanie dla prawa, wprowadzający ład? Pomarzyć można, w praktyce niestety wypada to zupełnie inaczej. Lech Kaczyński po raz kolejny się nie sprawdził w tej roli. Niestety. W ramach obchodów Święta Niepodległości mogliśmy usłyszeć, że niezależnie od wyroków sądów wszelkich instancji - "nasze" musi być na wierzchu.
Nikt w Polsce nie przyjmie do wiadomości, że w szkołach nie wolno wieszać krzyży. Nie ma na co liczyć. Być może gdzie indziej tak. W Polsce - nie - podkreślił Lech Kaczyński.
Przekaz jest oczywisty. Wprawdzie Trybunał w Strasburgu nie o polskiej sprawie się wypowiadał, ale gdyby do tego doszło - to wiadomo, co z tym zrobimy...
A były czasy - bardzo dawno temu, że Polska słynęła z tolerancji. Właśnie w naszym kraju znajdowali schronienie wszyscy ci, którzy gdzie indziej byli prześladowani. Co się z nami stało? Dlaczego inny zawsze musi oznaczać gorszy? Czy przysłowiowy Polak-katolik nie chce czy nie potrafi tolerować w swoim otoczeniu ateistów, innowierców, ludzi o odmiennej orientacji seksualnej? Czy siłowe narzucanie swoich poglądów i stylu życia może przynieść pozytywne efekty? Ja mam wątpliwości. I jako katoliczce nie podoba mi się to, że będący dla mnie symbolem mojej wiary krzyż - staje się powoli symbolem nietolerancji dla wszelkich odmienności.
Jutro, 16 listopada to ogłoszony przez ONZ Światowy Dzień Tolerancji. Nasza polska wersja wszystkowiedzącej Wikipedii wspomina o tym, ale rozwinięcia hasła nie ma. Czyż to nie symptomatyczne? Polska wersja tolerancji jest hasłem zbyt trudnym?
Grypa atakuje coraz bardziej. I ta stara, sezonowa i nowa - wbrew wszelkiej poprawności polityczno-medycznej zwana świńską. Media bacznie obserwują i donoszą, politycy dolewają oliwy do ognia. Newsem wczorajszego wieczoru była informacja o pierwszej śmiertelnej ofiarze wirusa A/H1N1. W dodatku - w moim Gdańsku. Czy to już dobry moment na wpadanie w panikę? Czy lepiej poczekać na pierwsze kichnięcie w najbliższym otoczeniu? Czy w ogóle są szanse na uniknięcie zarażenia? I co robić, gdy w gardle zaczynać drapać, nos puchnie od kataru, a wysoka temperatura odbiera wszelka chęć na działanie?
Niezależnie od typu wirusa - grypa jest chorobą dokuczliwą i szybko się rozprzestrzeniającą. Gdy nas juz dopadnie - coś zrobić trzeba. Przechodzona grypa może skutkować powikłaniami. U mnie ostatnio było to zapalenie chrząstki międzyżebrowej - idąc wówczas do lekarza byłam pewna, że mam złamane żebra, bolało nawet przy oddychaniu, kaszel był torturą. Gdy więc teraz mnie dopadnie kaszel, katar, wysoka temperatura - na pewno jej nie zlekceważę. Bezpieczniej będzie pójść do lekarza. Zakładam, że lekarz pierwszego kontaktu jest w stanie tylko na podstawie objawów ocenić, czy to grypa czy zwykłe przeziębienie. Jeśli jednak grypa - to jaka? Czy wszystkim pacjentom pobierane są wymazy w celu sprawdzenia typu wirusa? Aż mi się nie chce wierzyć, ale być może tak. Niezależnie jednak od tego - posiedzę w domu i będe się leczyć. O swoim pakiecie antygrypowym pisałam tu:
Zaszczepić się nie zdążyłam, teraz jest już z tym problem. Jeżeli w końcu pojawią się u nas szczepionki na świńską grypę - to pewnie i tak się nie załapię. Tu przy okazji warto zauważyć fakt jakoś dziwnie pomijany przez wszystkich. O ile dobrze zrozumiałam minister Kopacz - firmy farmaceutyczne nie oferują szczepionek przecwiko A/H1N1 w ramach normalnych procedur. Lek nie ma zostać w normalnym trybie zarejestrowany i dopuszczony do aptek, gdzie każdy chętny mógłby je kupić i zaszczepić się. Szczepionka może zostać kupiona tylko przez rząd, który stałby się dystrybutorem specyfiku. Nie znam się na tym zupełnie, ale w tym kontekście obawy ministerstwa wygladają jednak nieco inaczej. Skoro szczepionki sa tak skuteczne i dobrze przebadane - dlaczego producenci nie chcą zarobić wpuszczając je na rynek?
Na wszelki wypadek - życzę wszystkim dużo zdrowia. Nie wpadajmy w panikę - to zły doradca.
Po obchodach dziesięciolecia odzyskania morza i Pomorza
Po wojnie światowej, która Polsce wróciła wolność, nieodrazu zjednoczyły się w całość wszystkie polskie ziemie. Zabrane juz w pierwszym rozbiorze Polski Pomorze wróciło do Polski po 147 latach niewoli dopiero z początkiem 1920r. Stało się to na podstawie postanowień układu pokojowego, zawartego w Wersalu 28 czerwca 1919r. Choc więc cała Polska i razem z nią Pomorze święci dzień 11 listopada jako dzień odrodzenia Polski, to jednak dziesiąta rocznic objęcia przez Polskę władzy na Pomorzu przypadła dopiero na koniec stycznia i początek lutego 1930 r. Uroczyste obchody rozpoczęły się w dniu 18 stycznia b.r. W ten dzień w roku 1920 stanęły na ziemi pomorskiej w Toruniu, wojska Generała Hallera. Jemu bowiem Rzeczpospolita powierzyła obejmowanie władzy nad tą ziemią. Fala uroczystości rocznicowych posuwała się śładem marszu jego wojsk, aż 10 lutego doszła do Pucka. Na tę pamiątkową uroczystość przybył Generał Haller. Towarzyszył mu X.Wryca, który przed dziesieciu laty odprawił mszę św. polową, wygłosił porywające kazanie i dokonał poświęcenia polskiej bandery, co wówczas po raz pierwszy załopotała nad Bałtykiem.
Zaślubiny Polski z Bałtykiem
Przed dziesięciu laty, dnia 10 lutego, generał Haller, obejmujacy morze i Pomorze w imieniu Rzeczypospolitej, doszedłszy z wojekiem do wybrzeża w Pucku, wjechał konno w wody Bałtyku i rzucił w nie złoty pierścień, jako znak wiecznego ślubu Polski z Bałtykiem.
Spójrzmy na umieszczony tu obraz zaślubin Polski z Bałtykiem, Nad samy brzegiem wojsko polskie prezentuje broń. Orkiestra gra polski hymn narodowy: Jeszcze Polska nie zginęła. Szwadron konnicy wjechał do morza i końce proporców umoczył w jego fali. Na siwym koniu podjeżdża ku głębi Generał Haller i rzuca w morze złoty pierścień na znak wieczystych węzłów między Polską a Bałtykiem. Z boku ludność kaszubska wznosi okrzyki radości. Morze - w tej chwili polskie już morze - pluszcze pieszczotliwą falą o brzeg - teraz już polski. W górze łopoce polska badera, a wiatr od morza zwraca ją ku Polsce. Ku Polsce wieje ten wiatr, by go Polska cała głęboko w pierś wciągnęła i ożywiła nim na nowo dawne, piastowskie jeszcze dążenia do morza i ukochanie morza.
Widok portu gdyńskiego w nocy
Przed dziesięciu laty było tu tylko ciche wybrzeże rybackie, małe łódki i suszące się sieci. Dziś potężne dźwigi na największe statki zamorskie ładują polskie towary.
A dzisiaj? Dzisiaj ten wiatr od morza pełniejszym wieje tchem. Niesie odgłosy tego życia, które od lat dziesięciu wre dzięki Polsce nad polskim morzem. Tam, gdzi edawniej było ciche i liche wybrzeże i cicha i licha Gdynia rybacka, tam dziś wre życiem nowe miasto i nowy port, do którego wpływają potężne zamorskie olbrzymy, wwożąc i wywożąc w szeroki świat płody ludzkiej pracy. Gdzie dawniej na drążkach rozpinała sie nikła plecionka rybackich sieci, tam dziś, nawet w noc ciemną, w gorejącym świetle lamp portowych, rysują się potężne sploty ramion żelaznych dźwigów, pełniących służbę między lądem a morzem. Oto potomstwo, co wyrosło z tych ślubów między Polską a Bałtykiem. Świadectwo pracy, świadectwo życia, świadectwo rozumienia wielkich zadań Polski w tem małżeństwie z morzem. W tę dziesiątą rocznicę objęcia morza i Pomorza porównanie tego, co było, z tem co jest, wstydem nas nie przejmie.
A dzisiaj? Chyba mamy mniejszy zapał do budowania wolnej Polski. Przed wszystkim jednak brakuje nam jakoś tej zwykłej, czystej radości z odzyskanej wolności. Czy gdyby w wówczas rozpamiętywano bez przerwy ciężkie lata niewoli i zaborów - udałoby się zbudować Gdynię?
Nasze Święto Niepodległości. Bardzo poważnie, w podniosłym nastroju, z rozpamiętywaniem wojen, ofiar, bohaterów. Czy na pewno tylko tak można obchodzić narodowe święta? Czy miarą patriotyzmu musi być ponura mina? Historia nas nie rozpieszczała. Nasza walka o wolność to wielki krwawy szlak, znaczony mogiłami. Powinniśmy o tym pamiętać i szanować tych, którzy za naszą niepodległość zapłacili najwyższą cenę. Teraz jednak żyjemy w wolnym kraju. Dlaczego tego nie doceniamy? Nie cieszymy się, tak po prostu i zwyczajnie? Dlaczego nasz Dzień Niepodległości świętujemy tylko na cmentarzach? Nie potrafimy docenić tego, co wywalczyliśmy? Ja cieszę się, że krew mojego syna nie jest przelewana gdzieś na barykadach, ale oddawana w stacji krwiodawstwa. Może uratował w ten sposób jakieś życie? Teraz mamy czas budowania wolnego, niepodległego państwa. Zagospodarowywanie wolności jest mniej spektakularne, ale czy można żyć w oczekiwaniu na konieczność kolejnej walki o niepodległość? Oby nigdy więcej! Wolność krzyżami się mierzy - te słowa to przeszłość, a my musimy pomyśleć, co robić tu i teraz, aby nasza Wolna i Niepodległa nam rozkwitała. Mimo szarej i mglisty pogody - rozweselmy więc nasze święto. Uśmiechajmy się do siebie, cieszmy się. Żyjemy w wolnej Polsce. Wymyślmy w końcu jakąś nową tradycję, która nas wszystkich zjednoczy, sprawi, że poczujemy się wszyscy razem jedną wielką rodziną. Może pomysł z daniem z gęsi to krok we właściwym kierunku? I nie pozwólmy politykom wystawiać cenzurek z patriotyzmu. To tylko dzieli i jątrzy, sprzeciwiając się idei święta narodowego. Jeśli robi to ktoś piastujący najwyższy urząd w państwie - stanowi to kolejny, niepotrzebny zgrzyt psujący atmosferę święta i budzący tylko niesmak.
W lipcu 1989 roku byłam w Berlinie. My byliśmy już po czerwcowych wyborach, ale mur stał jeszcze w najlepsze i mało kto chyba myślał, że kilka miesięcy później runie. Do Berlina dojechałam pociągiem z Gdyni. Wysiadałam na dworcu Berlin Lichtenberg - na terenie DDR. Stamtąd pieszo na dworzec Friedrichstrasse, po drodze przechodząc przez przejście graniczne. Z pełnymi szykanami - stempel przekroczenia granicy mam jeszcze w starym paszporcie. Po drugiej stronie granicy czuło się już zupełnie inny świat. Żadnych służb mundurowych, żołnierzy itp. Kolejny pociag wywiózł mnie już dalej. Przez moment trasa prowadziła wiaduktem ponad murem. Okropny widok - podwójny mur, z zasiekami i wieżyczkami. I dwa różne światy po jego obu stronach. Szarobury po stronie DDR i kolorowy, pełen reklam - z drugiej.
Przez cały tydzień dużo jeździłam i chodziłam po Belinie. Często natykając się na drodze na widok muru, powoli przyzwyczajałam się do jego widoku. Z dołu nie był już taki straszny? Po prostu wysoki płot. Kolejny raz poczułam jego grozę w pobliżu Reichstagu. Była tam platforma widokowa - można było zobaczyć mur w całej okazałości i zajrzeć na drugą stronę. Problem w tym, że przed wejściem stała tablica z ostrzeżeniem, że można tam wejść na wlasną odpowiedzialność - zdarzają się przypadki, że strażnicy strzelają....
Gdy kilka miesięcy później w telewizji oglądałam ten sam mur burzony przez pełen euforii tłum - poczułam, ze wali się imperium. Dopiero wtedy w pełni do mnie dotarło, że na moich oczach dzieje się Historia...
Wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, przyznający rację obywatelce włoskiej urażonej obecnością krzyża w szkolnej klasie jej synów, rozpalił emocje i wywołał szeroką dyskusję w całej Europie. A ponieważ sprawa dotyczy problemu istotnego również dla nas - można się tylko domyślać, że polski głos należy do donioślejszych w tej debacie. Czy w przestrzeni publicznej jest miejsce na symbole religijne? Na krzyż, Gwiazdę Dawida czy półksiężyc? A może zdecydować powinna demokracja? Problem w tym, że zgodnie z jej zasadami rządząca większość powinna zadbać o prawa mniejszości. I wprawdzie u nas problem innych religii wydaje się absurdalny, to już we Francji, Wielkiej Brytanii czy Niemczech - wyznawcy islamu nie są nieliczącą się garstką. Jeżeli zakazujemy uczennicom-muzułmankom przychodzenia do szkoły w chustach na głowie - to wiszący w klasie krzyż będzie działał na nie jako czysta prowokacja. A jak w tym wszystkim zadbać o uczucia ateistów, negujących istnienie każdego Boga? Odrobina empatii powinna stanowić tu podstawę, a krzyż w miejscu publicznym nie powinien być narzucany z pozycji siły, jako wyraz dominacji jednej religii.
Czy w kontekście orzeczenia Trybunału - także w Polsce możemy spodziewać się spektakularnych akcji zdejmowania krzyży? Nie sądzę, choć kilka przypadków z pewnością odnotujemy. Przede wszystkim jako wyraz reakcji na próby zawłaszczania przestrzeni publicznej. Skoro normą stają się dyskusje jakie imprezy masowe powinny, a jakie nie mogą się odbywać w święta katolickie? Lub jakie reklamy mogą być umieszczane na tramwajach przejeżdżających ulicą Franciszkańską w Krakowie? Wolność jest wielką wartością, wspólną dla wszystkich. A to oznacza, że nasze prawo do niej nie może ograniczać praw innych. Dobra wola i empatia mogą tu zdecydowanie pomóc - żeby wspólna przestrzeń publiczna nie była areną walki światopoglądowej, w której chodzi tylko o to, kto wygra.
Jestem katoliczką. Wierzącą i praktykującą. W moim domu krzyż oczywiście wisi, ale jego brak np. w pracy nie sprawia, że zachowuję się inaczej. Szerzej o tym, z katolickiego punktu widzenia napisałam tu: Czy krzyż może ranić?
Gdzie się podziała nasza lewica? Mimo, że na brak mniejszych i większych partii lewicowych, z całą gamą znanych i popularnych nazwisk, nie narzekamy - lewa strona naszej sceny politycznej wydaje się być zupełnie nieobecna w naszym życiu politycznym. Dlaczego tak się dzieje? Elektorat o lewicowych poglądach chyba jednak u nas istnieje, dlaczego więc nikt nie chce/nie potrafi go zagospodarować? PoPiSowa wojna na wyniszczenie, rujnuje obie strony konfliktu. Teoretycznie mogłoby się wydawać, że to wymarzona sytuacja dla innych. Zasada jest prosta, znana od zawsze: gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Czy w tym przypadku temu trzeciemu nie zależy? Czy nie potrafi? Jaką ofertę programową ma do zaproponowania nasza największa partia lewicową czyli SLD? Przecież właśnie teraz to wymarzony czas do ofensywy i zdobycia elektoratu. Czy Grzegorz Napieralski ma w ogóle jakiś pomysł na istnienie SLD na polskiej scenie politycznej? Czy raczej po odsunięciu konkurencji w osobie Wojciecha Olejniczaka - zadawala się spokojnym politykowaniem na poziomie 7-8% (w porywach 10%) poparcia? Jest dobrze i lepiej nic nie zmieniać? Nawet patrząc na przyszłoroczne wybory prezydenckie - widać, ze jest źle. Wbrew temu, co mówi Napieralski - to nie widać, że do SLD zgłasza sie wielu kandydatów z górnej półki i w castingu będzie można wybrać najlepszego. Moje odczucia są wprost przeciwne: to SLD na siłę chciałoby się podczepić pod popularność Włodzimierza Cimoszewicza czy Jolanty Kwaśniewskiej. O sile partii, znającej swój cel na pewno to nie świadczy. I nawet wspólny z PiSem skok na media publiczne (oczywiście przypadkowy, żadnej koalicji nie ma) mało tu pomoże. Tym bardziej, że to nie SLD było tu rozgrywającym.
Lewica w Polsce jest potrzebna . Chociażby dla zasady, ze kto za młodu nie był socjalistą - ten na starość bedzie świnią. Czy jednak z tego - co widać - da się jakoś zorganizować lewą stronę sceny politycznej? Skoro nie Napieralski, to kto? Może Marek Borowski? A może wymierny efekt przyniosą działania Aleksandra Kwaśniewskiego, który wraz ze Szmajdzińskim mieszają wewnątrz SLD? Zapraszam do dyskusji na blogu debat politycznych: Quo vadis, Lewico?
Kiedy razem z Intel-e-gentem i Akwilonem ustalaliśmy temat kolejnej notki na naszym blogforum, napisanie notki wprowadzajacej padło na mnie, gdyż "na piłkę nożną mam chłodniejsze spojrzenie niż męska część populacji". Notkę debatową napisałam tu: Piłka, bramka, pusty stadion A teraz zastanawiam się, na czym polega to moje chłodniejsze spojrzenie na futbol? Zasady znam, pytań w stylu "dlaczego nie dadzą im drugiej piłki" nie zadaję, a nawet wiem na czym polega spalony. Lata edukowania mnie przez "męską część mojej rodziny" jakieś tam efekty chyba przyniosły, choć emocji nie wzbudziły. Może jednak warto spojrzeć na to wszystko na spokojnie i na zimno, a w dodatku bez głębszej znajomości tematu? Czasem proste pytania zadawane przez laika mogą stanowić inspirację dla fachowców. Wiedza o poszczególnych gatunkach drzew i krzewów jest istotna, ale czy czasami nie traci się w ten sposób obrazu lasu jako całości? Jako pierwsze i najbardziej oczywiste nasuwa mi się pytanie, po co dwie drużyny biegają na boisku za jedną piłką? Czy nie po to, aby ci, którzy siedzą na stadionowych ławkach oraz przed telewizorami oglądali piękne, uczciwe i pełne sportowego ducha widowisko? Czy więc to wszystko nie powinno się właśnie wokół kibiców kręcić? A dlaczego tak nie jest? O stanie polskiej piłki pisałam na tym blogu dokładnie rok temu: Płacę - to się bawię Co się zmieniło od tamtej pory? Polska piłka nożna odnotowała kolejne porażki, w rankingach FIFY spadliśmy jeszcze niżej i w końcu zdenerwowali się kibice. To ostatnie bardzo mi się spodobało - na naszych oczach rodzi się piękna akcja oddolnej demokracji bezpośredniej. Czy to pierwszy zalążek społeczeństwa obywatelskiego? Wygląda obiecująco i wzorowo pod względem organizacyjnym. Wzbudza zainteresowanie - strona KoniecPZPN notuje kolejne rekordy popularności. I przynosi pierwsze efekty - akcja "Pusty stadion", wbrew temu co twierdzą zadowoleni z siebie działacze PZPN, skończyła się sukcesem, sponsorzy się powoli wycofują. Co będzie dalej? Czy uda się wstrząsnąć betonem? Trzymam kciuki za powodzenie. I zapraszam do dyskusji.