Żyję tu i teraz i nie jest mi wszystko jedno co się dzieje wokół mnie . To moje subiektywne spojrzenie na Rzeczypospolite ...

Wspominki z PRL-u

poniedziałek, 14 grudnia 2015

W ramach chwilowego odpoczynku od bieżącej polityki - małe wspomnienie sprzed 34 lat. Kto zna/pamięta takie pojęcie jak "zmilitaryzowany zakład pracy"? Dekret o stanie wojennym (wprowadzony zresztą z pogwałceniem Konstytucji) "militaryzujący" niektóre, ważne dla państwa zakłady pracy. Załapałam się - jako młoda stażystka, pół roku po maturze, nawet nie miałam jeszcze dostępu do tajemnicy państwowej (te wszystkie szyfrogramy typu tajne/poufne). Pracowałam wówczas w Okręgowym Urzędzie Telekomunikacji Międzymiastowej w Gdańsku, a więc w miejscu strategicznym dla telekomunikacji. Nie tylko, że mieliśmy linie służbowe do wielu miast w całym kraju, to jeszcze w dodatku - tam nie było głosu "rozmowa kontrolowana, rozmowa kontrolowana...".
Pamiętam tamten poranek 14 grudnia 1981 roku. Budynek przy ulicy Długiej w Gdańsku i ciągnąca się kolejka chcących wejść do pracy. Oczywiście budynek od soboty był już opanowany przez wojsko, a kontrola kto i dlaczego chce/może/powinien wejść do budynku. Kogoś wpuścić trzeba było - wojsko, gdy wpadło - zaczęło od wyłączenia zasilania, a to spowodowało, że włączyły się nie tylko wszystkie możliwe alarmy urządzeń, ale przede wszystkim - odcięło łączność również wojska i milicji. Stojąc w tej kolejce, zapamiętałam panią, która też stanęła z nami i usilnie próbowała się dowiedzieć, co dowieźli i kiedy będą sprzedawać. Cóż, takie to były czasy - najpierw się stawało, a dopiero później sprawdzało "za czym kolejka ta stoi...".
W środku pełno wojska i to z długą bronią, pilnowali nas na każdym kroku, choć sami byli przestraszeni. Mam jednak wrażenie, że smutnych panów z SB było tam wcale nie mniej. I to oni rządzili. Już w ten poniedziałek do naszego pokoju (właściwie do kilku pomieszczeń z urządzeniami pomiarowymi i wyprowadzonymi łączami międzymiastowymi) wszedł jakiś bardzo wysoki rangą wojskowy wraz z jakimś cywilem i wskazując pilnującemu nas żołnierzowi na moje koleżanki i na mnie stwierdził: ten pan ma prawo wejścia tu o każdej porze dnia i nocy i dysponowania obsługą pomiarowni. I już. Faktycznie, i ten pan i jego koledzy często przychodzili - jakoś jednak chętnych do współpracy nie było. Oczywiście bałyśmy się, z perspektywy czasu wygląda to mało groźnie, ale wówczas?
Dyżury u nas były 24 godz.na dobę, 7 dni w tygodniu. Wieczorem zmieniałyśmy się ok.21.00, a ponieważ było to już po godzinie policyjnej - dostałam przepustkę na poruszanie się po mieście po tej godzinie. Było to jednak mało przyjemne - co kawałek albo patrol milicji albo wojska i sprawdzanie wszystkich dokumentów. Raz trafiłam na taki patrol, w którym 3 wojskowych było kompletnie pijanych, mieli problemy z wypytaniem mnie gdzie i po co idę, a uzbrojeni byli po żeby.  Na szczęście zza rogu wyszedł inny patrol - to był jedyny raz, gdy ucieszyłam się na widok milicji.



poniedziałek, 22 lipca 2013

Dzień 22 lipca w czasach PRL-u był bardzo ważną datą i to nie tylko z powodu jak najbardziej oficjalnego świętowania Manifestu PKWN. Z tą właśnie datą oddawano do realizacji większość inwestycji w całym kraju. Wprawdzie na wielu z nich już następnego dnia rozpoczynał się remont faktycznie kończący budowę, ale uroczyste przecięcie wstęgi było zaliczone.
Skojarzyło mi się to dziś rano, gdy w kranie zabrakło ciepłej wody. Nie bez powodu jestem zwolenniczką Platformy Obywatelskiej i to w wersji nieGowinowskiej - ciepła woda w kranie jest bardzo ważna. Moje skojarzenie z PRL-em wywołało jednak co innego. O tym, że będą wykonywane jakieś prace konserwacyjne w sieci wodociągowej wiem od tygodnia - informowały o tym ogłoszenia na klatce schodowej. Czas przerwy - od 22 lipca godz.0.00, maksymalnie do 96 godzin. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz była taka przerwa - chyba 2 lata temu, ale trwała znacznie krócej. Porównując to z czasami słusznie minionymi, gdy co roku przez cały miesiąc sierpień trwała konserwacja, ciepłej wody nie było i już - widać znaczną różnicę. Okazuje się, że pewne prace jednak można wykonywać szybko i skutecznie.
Zjawisko to jest także bardzo dobrze widoczne w handlu. Pamiętam wszechobecne niegdyś karteczki na drzwiach sklepowych: Przerwa obiadowa, Remanent, Przyjęcie Towaru, Kontrolny Spis Towarów czy Inwentaryzacja. Teraz się tego nie robi? Czy też jakoś udaje się pogodzić obsługę klientów z zarządzaniem sklepem?
W ramach wspomnień związanych z dniem 22 lipca kojarzą mi się takie medialne newsy z tamtych lat. O tej porze roku tematem naczelnym był z reguły brak sznurka do snopowiązałek i sposoby radzenia sobie z tym deficytem. Wówczas zbierała się egzekutywa, uchwalała konieczność zwiększenia dostaw i w ramach dodatkowego czynu załogi na 22 lipca - produkowano więcej sznurka. Polska Kronika Filmowa mogła uroczyście donieść, że sznurek dojedzie na pola i to nawet jeszcze przed żniwami.
Do tej pory nie mogę jednak zrozumieć - dlaczego egzekutywa nie zbierała się, aby uchwalić zwiększoną produkcję najbardziej pożądanego towaru PRL-u - papieru toaletowego?

Teraz mamy papier toaletowy w różnych kolorach i zapachach, na pola wyjeżdżają kombajny, a my sami możemy spokojnie zająć się najważniejszym problemem całego świata i czekać na Royal Baby.

środa, 01 maja 2013

Dzień 1 Maja to święto, z którym wolna Polska ma trochę problemu. Święto Pracy, w czasach PRLu przywłaszczone przez komunistów w powszechnym odczuciu było jednym wielkim udawaniem. Obowiązkowy udział w pochodach budził cichy sprzeciw, szczególnie jeśli był połączony z równie obowiązkowym czynem społecznym.
Mnie te przyjemności ominęły - w tamtych czasach byłam jeszcze za smarkata. W pochodach pierwszomajowych uczestniczyłam ze szkołą, dzieci z reguły szły na początku pochodu, więc kończyło się to dla nas szybko i potem można było cała grupą wybrać się na lody. Nie mam żadnych traumatycznych przeżyć z tego okresu. Zapamiętałam natomiast, że w tamtych czasach widocznym przejawem patriotyzmu było mycie okien w ten dzień, jakby dla podkreślenia, że nie jest to prawdziwe święto. U mnie w domu nie stosowało się tego - mieliśmy tego dnia zawsze uroczystość rodzinną, przychodzili goście i świętowaliśmy urodziny mojego brata.
Później, w stanie wojennym, pochody wyglądały już zupełnie inaczej - w Gdańsku, do którego się przeprowadziłam, były to głównie manifestacje ZOMO, a nastrój świętowania sojuszu ludu pracującego miast i wsi znikł bezpowrotnie i nieodwołalnie.

Czy tamte wspomnienia kładą się cieniem na współczesnym odbiorze Święta Pracy? Jakoś tak nie widać ani nie słychać, aby ktoś chciał manifestować Święto Pracy. Wyjątkiem są tu partie uważające się za lewicę, ale też robią to jakoś z obowiązku i przyzwyczajenia i jakby ukradkiem.
Przeciętny Polak, na co dzień będący pracownikiem świętuje nie tyle Święto Pracy co Wielką Majówkę, zgodnie z zasadą: przed południem nie robię nic, po południu odpoczywam. No, ewentualnie z przerwą na grilla.


niedziela, 22 lipca 2012

Dzień 22 lipca to wielkie święto PRL-u. W kalendarzu oczywiście na czerwono, ale taki dzień wolny w środku wakacji był w ogóle nieodczuwany, przynajmniej z mojej szkolnej perspektywy. Inna sprawa, że tradycja długich weekendów rozpowszechniła się dopiero w czasach III RP.
Nie wiem, czy zawodzi mnie pamięć, ale jakoś nie kojarzę sobie, żeby było to wielkie święto. Owszem słyszało się o różnych czynach społecznych i przecinaniu wstęg przy oddawaniu różnych inwestycji z tej okazji, ale jakoś mało kojarze festyny czy zabawy. W moim powiatowym mieście przynajmniej tego nie było, przynajmniej na jakąś zauważalną skalę. Pochody pierwszomajowe mimo wszystko bardziej wpisały się w tradycję świętowania. Może wynikało to z faktu, że Święto Pracy miało jednak zdecydowanie bardziej neutralny wydźwięk niż ochodzenie rocznicy ogłoszenia Manifestu PKWN? Nawet jeżeli nazwano to Świętem Odrodzenia Polski? Jakoś nikt nawet nie próbował nazywać tego dnia Świętem Niepodległości... 
Pomijając oficjalną propagandę, tradycja 22 Lipca była tak słaba, że nie stanowiła żadnej rekomendacji  przegrywała nawet ze słodyczami. Znacjonalizowana przez państwo ludowe fabryka Wedla, dostała nową nazwę, ale tylko jako dodatek do starej, uznanej marki. Tym sposobem mielismy Zakłady Przemysłu Cukrowniczego 22 Lipca dawniej E.Wedel. A i tak wszyscy polowali na wedlowskie czekoladki. 

Jedyne czego mi żal - to wówczas lato było latem, a lipiec nie przypominał listopada. Patrząc na mapę pogody - na południu nie jest tak źle. Za to w Gdańsku - ciągle leje, a temperatura tylko w niektóre dni przekracza 20 stopni. I to jest środek lata?

 

wtorek, 13 grudnia 2011

Dzisiejszy dzień to trzydziesta rocznica wprowadzenia stanu wojennego. Wydarzenie z historii najnowszej, znane albo z doświadczeń własnych, albo ze wspomnień rodziców - wprost na wyciągnięcie ręki. Blisko, łatwo do dotarcia do prawdy, a jednocześnie już we wspomnieniach, które czasem płatają figle, nie pozwalając jednocześnie na obiektywną ocenę tamtych dni.
Większość okolicznościowych relacji to wspomnienia w stylu "byłem tu, byłem tam, przyszli, przyjechali itp.itd". Ja sama sobie daruję - po mnie ani nie przyszli, ani nie przyjechali, nie mam nigdzie schowanego kawałka styropianu, czy ukrytej legitymacji partyjnej lub zobowiązania do współpracy z odpowiednimi służbami. Świeżo po maturze, jeszcze na stażu, w ogóle nie interesowałam się polityką. Polityka mną też się nie interesowała.
Owszem, gdy się mieszkało i pracowało w Gdańsku, pewne sprawy wydawały się oczywiste. Pracowałam wówczas w Okręgowym Urzędzie Telekomunikacji Międzymiastowej. Cały budynek zajęty przez wojsko i to z bronią długą. Pilnowali nas przez całą dobę - było to jedno z nielicznych miejsc, gdzie można było w prosty sposób dodzwonić się liniami służbowymi do wielu miejsc w Polsce. Inna sprawa, że na samym początku powyłączali zasilanie, ale szybko okazało się, że padła również znaczna część łączności milicyjnej, wojskowej i rządowej i trzeba było jednak coś tam włączyć. Zrobił się z tego problem, gdyż wśród nas jakoś nie było zbyt wielu chętnych do współpracy i doradzania w kwestiach technicznych. Inna sprawa że pewnie trochę cichych TW wśród nas było, gdyż z pewnym opóźnieniem, ale jakoś sobie poradzili.

Co ciekawe, gdy minął pierwszy szok - istotne się dla nas stało, kto konkretnie stoi po drugiej stronie barykady. Szybko okazało się, ze pilnujący nas żołnierze to przedłużony pobór jesienny. Powinni wyjść do cywila już jesienią, przedłużono im służbę. I tak naprawdę - to bylo równie przestraszeni jak my. Zaczęliśmy ich dokarmiać, rozmawiać z nimi i wprost zadawać pytania - czy w razie czego są gotowi do nas strzelać. Część z nich dawała się oswoić, już po kilku dniach udawali, że nie widzą jak dzwonimy po liniach służbowych i wymieniamy informacje o tym, co sie dzieje. Oczywiście w żaden sposób nie było to zorganizowane, zbierało się po prostu wieści i niosło w miasto pocztą pantoflową.
Nie wiem jak to wyglądało w innych miastach, ale w Gdańsku ludzie raczej próbowali przeciągnąc wojsko na swoją stronę. Wrogiem była milicja, SB, ale wojsko było nasze, polskie. Kwiaty w lufach stojących na ulicach czołgów nie były niczym dziwnym. Jest to o tyle dziwne, że pamieć o grudniu 1970 była jeszcze żywa, a wówczas to właśnie wojsko otworzyło ogień do stoczniowców. Samo wprowadzenie stanu wojennego to też przecież dzieło wojskowych, nawet dziennikarze w telewizji zostali umundurowani. A mimo wszystko - po drugiej stronie barykady, w mundurach wojskowych dostrzegano ludzi - synów i mężów.
Może wojskowi, przynajmniej na niższych szczeblach, wyciągnęli wnioski właśnie z tamtego krwawego grudnia? Kiedyś, w trakcie jakiś walk ulicznych w Gdańsku, podsłuchiwałam meldunki składane na łączach wojskowych. Wyraźnie padały rozkazy, że mają trzymać się z daleka, obserwować, ale zupełnie nie interweniować. 
Choć fakt, że ZOMOwców było tylu, że całkiem dobrze sobie radzili z demonstrantami.  

Ciekawe, co oni czuli? W bezpośrednim starciu, widząc lecące w swoim kierunku kamienie i rozwścieczony tłum - pewnie zbyt dużo się nie zastanawiali, działal instynkt. Czy jednak po takich "akcjach" nie dopadały ich jakieś dylematy? Czy wszyscy na pewno wierzyli w to, że stoją po dobrej stronie? A ich dowódcy? Czy wysyłając oddział w kierunku tłumu, nie bali się, że w pewnym momencie ich podwładni nie odwrócą się, stając na czele tego tłumu?  I co czują dziś, z perspektywy 30 lat?
Do pełnego obrazu stanu wojennego chyba właśnie tego najbardziej mi brakuje - szczerych relacji ludzi stojących po drugiej stronie barykady.

Tylko gdzie ich znaleźć? Dziś mamy tylu bohaterów, że nie bardzo wiadomo jakim cudem PRL trwał, skoro wszyscy byli zasłużoną opozycją? I skąd w kraju było tyle styropianu?  

poniedziałek, 09 sierpnia 2010

Tym razem, w ramach odskoczni od bieżącej polityki, chwila wspomnień z czasów słusznie minionych.

saturator

Współczesny saturator to już jednak nie to samo, co kiedyś. Jednorazowe kubki zamiast opłukanej zimną wodą szklanki? Gruźliczanka traci swój smak...

A swoją drogą - to mimo szczepień - gruźlica nadal jest bardzo groźną chorobą. Przekonała się o tym moja koleżanka, która wylądowała w szpitalu z guzem na płucach - tzw. gruźliczakiem. Przy okazji - zaraził się od niej jej syn. Było to kilka lat temu - teraz jest już dobrze.
Mam jednak wrażenie, że z profilaktyką niektórych chorób jest u nas gorzej niż było kiedyś. W ramach badań okresowych prześwietlenie płuc już wcale nie musi być standardem. Najbardziej zastanawia mnie jednak - co stało się z chorobami wenerycznymi? W czasach PRL-u badania WR były obowiązkowe, od wielu już lat nie. Czy naprawdę wszystkie kiły i rzeżączki już zniknęły z listy chorób społecznych? AIDS jest groźniejsze?

sobota, 26 grudnia 2009

Nie wiem czemu, ale sięgając pamiecią wstecz, do czasów PRL-u - właśnie pomarańcze były podstawowym atrybutem świątecznym. Niedostęne przez cały rok, czesto tylko kubańskie, wystane w długiej kolejce, ale musiały być. Luksus czasów mojego dzieciństwa. Cała reszta była wynikiem przedsiębiorczości mojej Mamy i tak naprawdę nie narzekaliśmy. Opłacało się mieć sporo znajomych i związany z tym dostęp do różnych dóbr spod lady.
Najlepsza szynka - konserwowe "serduszko" Krakusa. Jak się udało dostać szynkę gotowaną - zawsze kupowało się całą, nigdy po kilka plasterków. W ekstremalnym przypadku - zawsze można było wymienić się połową na jakiś inny deficytowy towar.
Całości dopełniały ciasta - własnoręcznie pieczone, napełniające zapachem cały dom. W połączeniu z zapachem choinki i świeżo wypastowanych podłóg tworzyły aromat mojego dzieciństwa. Jedyny, niepowtarzalny i nie do podrobienia.
Choinki tylko żywe. Moze dlatego, że dostępne wóczas platikowe cudactwa były po prostu ohydne i w ogółe nie przypominały choinek? O jodłach kaukaskich nigdy wówczas nawet nie słyszał, królowały więc świerki. Bombki i ozdoby choinkowe były, choć na choince było także sporo ozdób własnoręcznie przez nas robionych. Wcale nie ze względu na jakąś domową tradycję, ale w szkołach na lekcjach plastyki czy zajęć praktycznych taki temat lekcji był po prostu obowiązkowy.

A potem przyszły czasy dóbr wszelkich dostępnych na wyciągnięcie ręki. Wszystkie ówczesne atrakcje stały się zwyczajnością. Mój syn już nie czeka do świąt na zjedzenie pomarańczy czy mandarynki. I nawet niekwestionowany król socjalistycznego deficytu czyli papier toaletowy nie jest już żadną wielką atrakcją.....

czwartek, 17 grudnia 2009

20 lat temu plan Balcerowicza wprowadzono w życie. Pierwsze, namacalne efekty zobaczyłam w pierwszych dniach styczniach. Na ulicy, wprost z samochodu młode, zziębnięte dziewczyny (zimowe mrozy były wówczas normalnością, a nie anomalią pogodową) sprzedawały masło. Z oznaczeń na samochodzie wynikało, ze to spółdzielnia mleczarska z Olsztyna. Masło było dużo tańsze niż w sklepie na moim podwórku, a ja zastanawiałam się - jak to możliwe, że opłaca im się i to nawet po uwzględnieniu kosztów transportu do Gdańska....
W niebyt odeszły czasy, gdy na proste pytanie ile kosztuje chleb odpowiadało się prosto i jednoznacznie. Wprawdzie inflacja była olbrzymia i ceny (urzędowowe, regulowane, komercyjne) zmieniały sie nieomal z dnia na dzień, ale we wszystkich sklepach jednakowo. I nagle okazało się, że królujący na półkach ocet trzeba było usuwać na bok, gdyż pojawił się normalny towar.

Dla mnie Profesor Balcerowicz na zawsze pozostanie Człowiekiem, który wstrzymał w Polsce szalejącą inflację.  
Dziękuję.

poniedziałek, 09 listopada 2009

Mur Berliński

W lipcu 1989 roku byłam w Berlinie. My byliśmy już po czerwcowych wyborach, ale mur stał jeszcze w najlepsze i mało kto chyba myślał, że kilka miesięcy później runie.
Do Berlina dojechałam pociągiem z Gdyni. Wysiadałam na dworcu Berlin Lichtenberg - na terenie DDR. Stamtąd pieszo na dworzec Friedrichstrasse, po drodze przechodząc przez przejście graniczne. Z pełnymi szykanami - stempel przekroczenia granicy mam jeszcze w starym paszporcie. Po drugiej stronie granicy czuło się już zupełnie inny świat. Żadnych służb mundurowych, żołnierzy itp. Kolejny pociag wywiózł mnie już dalej. Przez moment trasa prowadziła wiaduktem ponad murem. Okropny widok - podwójny mur, z zasiekami i wieżyczkami. I dwa różne światy po jego obu stronach. Szarobury po stronie DDR i kolorowy, pełen reklam - z drugiej.

Przez cały tydzień dużo jeździłam i chodziłam po Belinie. Często natykając się na drodze na widok muru, powoli przyzwyczajałam się do jego widoku. Z dołu nie był już taki straszny? Po prostu wysoki płot. Kolejny raz poczułam jego grozę w pobliżu Reichstagu. Była tam platforma widokowa - można było zobaczyć mur w całej okazałości i zajrzeć na drugą stronę. Problem w tym, że przed wejściem stała tablica z ostrzeżeniem, że można tam wejść na wlasną odpowiedzialność - zdarzają się przypadki, że strażnicy strzelają....

Gdy kilka miesięcy później w telewizji oglądałam ten sam mur burzony przez pełen euforii tłum - poczułam, ze wali się imperium. Dopiero wtedy w pełni do mnie dotarło, że na moich oczach dzieje się Historia...

niedziela, 25 października 2009

Kilka dni temu, pisząc notkę o tanim kupowaniu prasy papierowej  naszły mnie wspomnienia na temat prasy w czasach PRL-u. Nie pamiętam, co wówczas leżało na wystawie w kiosku - na pewno nie prasa kolorowa - było jej  za mało i znikała od razu. Wybór był niewielki, więc każde pisemko było cenne i czytane od deski do deski. W pamięci najbardziej zachowały mi się pisemka dla dzieci - może dlatego, że wraz z siostrą i bratem - trochę tego kupowaliśmy, dopasowując do wieku. Dla przedszkolaków był "Miś", na pierwsze lata podstawówki - "Płomyczek", a potem "Płomyk". Młodzież starsza mogła czytać "Jestem", a nastolatki - "Filipinkę". Pamiętam także "Świat Młodych" (wychodzące bodajże 2 razy w tygodniu pisemko ZHP) z cudownymi komiksami Papcia Chmiela - "Tytus, Romek i Atomek". Czy była tam propaganda? Nie kojarzę, ale jest to całkiem prawdopodobne. W każdym razie - musiała byc raczej mało skuteczna, przynajmniej sądząc po efektach. Co w nich jednak było? Nie pamiętam, pewnie coś mnie tam interesowało, skoro czytałam. I na pewno coś zupełnie innego niż obecnie w tego typu pismach.
W domu oprócz tego był też "Przekrój", "Przyjaciółka" (kupowana w obowiązkowym pakiecie z "Trybuną Ludu"), a z dzienników - "Dziennik Bałtycki" i popołudniowy "Wieczór Wybrzeża". W tym  ostatnim drukowano odcinki komiksów z serii "Kajko i Koko" - uwielbiałam je. Tu już propaganda była, wprawdzie w tamtych czasach polityka mało mnie interesowała, ale tytułów trudno było nie zauważyć. A ponieważ podtytuły w stylu "Polska rośnie w siłę, a ludzie żyją dostatniej" czy "Proletariusze wszystkich krajów łączcie się" zobowiązywały - wszystkie wiadomości były dobre i pięknie kontrastujące z newsami z "zgniłego Zachodu" czy Ameryki,  w której bito Murzynów. Nawet, gdy gazeta wspominała o przejściowych kłopotach ze sznurkiem do snopowiązałek - to jako coś minionego, gdyż władza właśnie zainteresowała się, pochyliła się z troską i w następnym roku miało byc lepiej. O braku mięsa czy papieru toaletowego nie wspominano. W stanie wojennym było trochę inaczej - o brakach pisano, ale od razu wskazując przyczynę: najczęściej byli to spekulanci wykupujący towar i sprzedający go póżniej na czarnym rynku....
Generalnie jednak - prasa był pełna dobrych wiadomości i świetlanych widoków na przyszłość.  A teraz? Same afery, klęski, wypadki. To tak wygląda wolność?

 
1 , 2 , 3











ministat liczniki.org


Komentarze.eu - Przegląd polskiej blogosfery
Blogi Polityczne